27 lutego 2015

Rozdział 15

15. Niechciany wyjątek?

-Że co?! Zabiję!!!
Blake był przerażony, Skulił się jeszcze bardziej. Czuł się wyjątkowo nieswojo w roli małego, bezbronnego kotka. Choć wiedział, że to przez jego formę, mimo wszystko Luke był teraz ogromny, co bardzo peszyło i dezorientowało chłopaka. Teraz dodatkowo przerażał go widok ojca. Sprawiał on, iż miał ochotę zwinąć się w kłębek, ukryć. Jeszcze nigdy nie widział taty w takim stanie.
Blondyn był wściekły. Już dawno nie stracił nad sobą panowania, ale to, co usłyszał, przechodziło wszelkie pojęcie. Przestało już nawet docierać do niego, co się dzieje. Nie zauważył, że powietrze jak zwykle zareagowało na gwałtowne emocje, podnosząc już dość duże kamienie i gałęzie drzew. Nie panował nad otoczeniem, uczuciami, sobą. Był definitywnie i bezsprzecznie wściekły. 
Syn właśnie opowiedział mu o swojej ,,misji''. Sądził, iż jest ważny, wyjątkowy, niesie nadzieję. Myślał tak przez wszystkie te lata tułaczki, nie znając, nie rozumiejąc prawdy. Nie miał pojęcia o rzeczywistych zamiarach rady miasta. Ale Luke od razu zrozumiał. I pomyśleć, że odważyli się, i to tak perfidnie, pozbyć JEGO syna! Po tym wszystkim, co zrobił! Tego im na pewno nie daruje.
Blake nadal się kulił, coraz bardziej wystraszony. Schował główkę pod łapkami i zakrył uszka.
W tym momencie spośród drzew wyłonili się Kitsune i Shiro. Lisiczka ogarnęła wzrokiem sytuację. Spłoszony kociak, blondyn z krwiożerczym wyrazem twarzy i chęcią mordu w oczach, latające kamienie. Oj. 
Nie miała pojęcia, co go tak wytrąciło z równowagi, ale musiała zakończyć ten szał zanim coś niechcący zgniecie malucha, albo uderzy ją lub wilka. Albo zanim Luke zniszczy wszystkie drzewa w obrębie kilometra, co na pewno skutecznie utrudniłoby im ukrywanie się. Lepiej nie sprawdzać, co będzie pierwsze. Bez względu na wszystko, należało jak najszybciej działać.
-Luke!
Mężczyzna dalej nie reagował. Jeden z większych głazów śmignął tuż obok białego kotka. Rosso zwinnie unikając pocisków dotarła do towarzysza i mocno nim potrząsnęła, przekrzykując przy okazji silny wiatr, który z coraz większą siłą targał jej ubranie.
-Ogarnij się idioto! Zabijesz go!!!
Tak jak się spodziewała, to podziałało jak kubeł zimnej wody. Momentalnie wszystko się uspokoiło. Blondyn zdezorientowanym wzrokiem powiódł po pobojowisku. Zamarł, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na malutkim, wystraszonym kotku, który kulił się pod pieńkiem. Zrozumiał, że przecież Blake nie ma pojęcia, co się dzieje, o co tak się wściekł. Pewnie myślał, że coś źle zrobił i to wszystko jego wina.
Niebieskooki powoli podszedł do syna. Bardzo uważał, aby nie przestraszyć go jeszcze bardziej gwałtownym ruchem. Delikatnie objął trzeszczącego się kotka i mocno przytulił, głaszcząc po łebku.
-Przepraszam, że tak cie przestraszyłem. Powinienem bardziej nad sobą panować.
-Zdenerwowałem cię? Przepraszam, ja...nie chciałem...
-Nie jestem zły na ciebie. Nie zrobiłeś nic złego.
-Ale...
-Nie martw się już. Przepraszam.
Maluch nie rozumiał, ale nie chciał już w to wnikać. Tato się uspokoił, to na razie mu wystarczyło. Odzyskał go, a on nie był na niego zły, chociaż chłopak opuścił bezpieczne miasto. To mu odpowiadało. Chciał się jeszcze trochę połudzić, iż wszystko w końcu jest dobrze i jakoś się ułoży. Że nie jest już sam.
Kitsune patrzyła na tę parę z nostalgicznym uśmiechem. Blake i Luke wyglądali naprawdę uroczo. Ten kotek dał jej przyjacielowi tyle szczęścia w tak krótkim czasie. Już dawno nie widziała u niego takiej radości jak wtedy, kiedy ku swojemu ogromnemu zdziwieniu zorientował się, kogo znalazł. Nawet, jeśli martwił się o swojego syna, starał się teraz o tym nie myśleć. Najważniejsze, że był cały i zdrowy. No, prawie...
Rosso przytuliła swojego Shiro. Teraz i ona, i Luke ponownie odzyskali to, co w ich życiu było najważniejsze. Znów mieli rodzinę. mieli po co i dla kogo żyć. Mieli kogoś, kogo chcieli chronić.

***

-Nie starasz się.
-Naprawdę sądzisz, miau, że chcę do końca życia, miau, zostać kotem?!
-Spróbuj jeszcze raz.
-A myślisz, że co ja, miau, robię?!
Rosso powoli traciła już nadzieję, iż Blake w końcu przybierze swoją ludzką postać. Ćwiczyli i próbowali już drugi dzień. Jak na razie bez żadnych widocznych rezultatów. Dwa dni i dalej nic. 
Nie miała pojęcia, co mu tak przeszkadza. Dla niej zmiana postaci była czymś naturalnym, jak oddychanie czy spanie. Nie potrafiła pojąć, jak można czegoś takiego nie potrafić.
Dla niebieskookiego z kolei samo bycie kotem było czymś niezwykłym. Nie do końca rozumiał, co się w ogóle stało. Spadał, a potem obudził się jako futrzak. Jakiś instynkt, podświadomość, bo gdyby spadł jako człowiek, pewnie już by nie żył. Niestety, ten instynkt najwyraźniej postanowił się wyłączyć, uniemożliwiając mu powrót do swojej pierwotnej postaci.
Mimo wszystko kotek nie poddawał się. Zamknął oczy i po raz kolejny skupił się, usiłując zmienić postać. Za radą lisiczki usiłował wyobrazić sobie, iż jego ręce i nogi wydłużają się, a sylwetka prostuje i rośnie. Już, już prawie...
Zwierzątko otoczyło się białym światłem, przysłaniającym sylwetkę. W Kitsune wstąpiła głupia, szalona i irracjonalna nadzieja, iż może tym razem będzie inaczej, i wbrew wszelkim przesłankom, w końcu się uda. Trwało to jakieś pięć sekund, póki rozproszone i gasnące światło nie przekłuło na dobre jej nadziei niczym bańka mydlana. 
-Co jest z tobą nie tak do cholery?!
-Ja się kotem, miau, nie urodziłem!
-A ja od początku mówiłam, że to wyjątkowo durny pomysł. Ale mnie to nikt nie słucha. Bo po co. To się po prostu potrafi i już!
-Jeżeli takim się jest od zawsze, miau, to może i tak! Ale ja jestem do cholery, miau, Arią! Nie kotem!
-Czyżby?
W tym momencie do rozmowy włączył się rozbawiony blondyn, który już od jakiegoś czasu oglądał ich kłótnię. 
-Dobrze, dobrze, spokój! Na pewno w końcu mu się uda, ale nie obwiniaj go, Rosso. On się stara. Już niedługo na pewno to opanuje, jest naprawdę zdolny. A teraz chodźcie, zrobiłem coś do jedzenia.
Luke naprawdę świetnie gotował. Trochę mięsa, ziół i roślin, owoców, a potrafił dosłownie wyczarować z nich przepyszną potrawkę. Zwłaszcza teraz, kiedy wciąż był taki szczęśliwy po odnalezieniu syna. Nie powiedział mu, co go tak zezłościło, ale na razie sam odsunął to od siebie, ciesząc się każdą chwilą. Myślał też intensywnie o tym, czym aktualnie jest Blake. Mieszańcem, to pewne. Jednak ile odziedziczył po nim, a ile po Dianie? Na ile go stać, jaką ma moc? Jak to na niego wpłynie?
Mieszaniec był czymś rzadkim, wyjątkowym. Każdy rozwijał się indywidualnie, inaczej. Ktoś taki mógł urodzić się jeśli jego rodzice pochodzili z różnych ras. Zazwyczaj dziecko rodziło się ,,zwykłe'', dziedzicząc zdolności jednego z rodziców. Dotychczas myślał, jest właśnie takim ,,zwykłym'' Arią. Władał wiatrem, miał charakterystyczne, błękitne oczy. Problem jednak polegał na tym, iż z Mieszańcami bywało różnie. Budzili w sobie różne cechy, moce, zmieniali wygląd, losowo łącząc w sobie różne cechy obu rodziców, a czasem nawet i ras przodków. Wiek czy płeć nie stanowiły żadnych ograniczeń. Rzeczywiście Blake szybko opanował powietrze, miał też niezwykły instynkt spotykany u kobiet Gatto, ale Luke i tak o tym nie myślał. Nie sądził, że jego syn jest aż tak wyjątkowy.
Chłopak miał szansę połączyć w sobie cechy dwóch potężnych ras. Chyba powoli zaczął zdawać sobie z tego sprawę, choć nadal nie potrafił nad tym zapanować. Ale jak tu powiedzieć mu całą prawdę?
-Emmmm...Blake? Możemy chwilę porozmawiać?

***

-Ale jak to...chcieli, miau, się mnie pozbyć...?
Luke w tym momencie maił ochotę uciec. Oddałby wszystko, aby uciec od tych błękitnych oczu. Wolałby walczyć ze stadem wywern, niż niszczyć złudzenia syna. Blake był taki ufny i naiwny. Niewinny. Blondynowi było trudno niszczyć tą wiarę w ludzi.
Teraz mały kotek wpatrywał się z niedowierzaniem i desperacją w swojego ojca. Jak to? Jak on mógł stanowić zagrożenie dla kogokolwiek? Przyciągać niebezpieczeństwo? Czyli jego matka... zginęła przez niego? To on wtedy sprowadził atak na miasto? Cała jego wielka misja...to był jedynie zwykły pretekst, aby się go pozbyć? Nesa go...okłamała? Czy na tym świecie była choć jedna osoba, która go nie okłamywała, nie ukrywała przed nim prawdy?!
W tej chwili Blake sam nie był pewny, co czuje. Złość. Żal. Smutek. Ból. Był zagubiony. Czuł, jak cały jego świat, z takim trudem podniesiony z gruzów, znów rozlatuje się na kawałki, obraca w pierzynę. Świat zbudowany na kłamstwie i fałszu. Czy cokolwiek z tego, co wiedział w ogóle było prawdą? Czy ktokolwiek był z nim szczery?
-Tak mi przykro, Blake...
-Mi też.
Maluch podniósł się na łapki i ruszył w stronę drzew. Nie miał pojęcia dokąd pójdzie, ile w tym stanie da radę przeżyć samotnie. Ale na pewno nie miał zamiaru znów być dla kogoś ciężarem, niewygodnym balastem. Nie sprowadzi więcej kłopotów. Nie będzie nikogo narażał, nie będzie się narzucał. Zostanie sam.
Luke zerwał się na równe nogi.
-Dokąd idziesz?!
-Odchodzę, zanim znów sprowadzę kłopoty. Zanim zaczniesz kłamać, oszukasz mnie, albo coś zataisz. Odejdę sam, nim znowu ktoś mnie wygoni.
-Blake...

***

Neko w swojej mniejszej postaci leżała pomiędzy głazami, nie mając pewności, co też powinna zrobić. Tkwiła tu już od dobrych paru godzin, ale nadal nie zdecydowała, czy powinna zrobić krok w przód, czy w tył. Z niepokojem obserwowała widok roztaczający się u podnóża zbocza, na którym się znajdowała. A naprawdę było na co popatrzeć.
Wąwóz otoczony był wysokimi, stromymi urwiskami. Z jednego krańca doliny nie zostało praktycznie nic. Już kiedyś zostało zawalone przez skały zsuwające się ze stoków, z jednej strony całkowicie zamykając wąwóz. Jedynego wejścia i zarazem wyjścia z wąwozu strzegły dwa człekopodobne stworzenia. Miały one jelenie poroża, wyrastające tuż nad uszami. Czarne, pozbawione źrenic oczy, pozbawiały ludzkie rysy twarzy ciepła i wrażenia człowieczeństwa. Długie, czerwone włosy sięgały im do kostek. A właściwie do kopyt, gdyż od pasa w dół były czarnymi kozami. Z pleców wyrastały jej kościane skrzydła, które przerażały swoją bielą. Długie, szponiaste łapska nie zachęcały do zawarcia bliższej znajomości. Oba potwory różniły się od siebie jedynie kolorami postrzępionych tunik. Jedna z nich miała kolor brązowy, druga zgniłozielony. Neko z wielkim trudem przypomniała sobie nazwę dawno zapomnianej rasy. Cervo. Powszechnie uważano, iż już wyginęli. Więc skąd wzięli się tutaj?
Sama dolinka wypełniona była bestiami. Dziewczynie niedobrze się robiło, gdy patrzyła na takie skupisko Cervo i wywern, oraz wielu innych potworów, które widziała zaledwie parę razy, lub nawet nigdy w życiu. Pazury, kły, skrzydła, rogi. Czerń, biel, szkarłat, brąz, szarość. 
Na samym środku tego morza barw, niczym wyspa wyłaniał się duży namiot. Oczywiście czarny. A jakże by inaczej. Wykonany z ciemnego płótna, musiał być magiczny. Jak inaczej wytłumaczyć, że skutecznie opierał się pazurom i kłom tego dziwnego zbiorowiska?
Neko już jakiś czas temu zorientowała się, iż musi to być coś w rodzaju centrum dowodzenia lub kwatery. Kogoś strasznego, skoro każda z bestii omijała namiot szerokim łukiem. Jak okrutnym trzeba być, aby przerazić takie potwory? I o co tu w ogóle mogło chodzić?
Ruch przy namiocie zwrócił uwagę całego obozu. Stwory w mgnieniu oka zaprzestały bójek i z lękiem spojrzały na ciemny namiot. Wszelkie hałasy ucichły i w obozie zapanowała złowróżbna cisza. Na swój sposób było to o wiele gorsze od poprzedniego zgiełku.
Kotka chciała się trochę podnieść, aby lepiej widzieć, co się dzieje, ale w tej chwili coś zdecydowanie przygniotło ją do ziemi. Koło ucha usłyszała cichy głos. Wszystko to tak ją zaskoczyło, iż nawet nie zareagowała. Czyżby ją odkryli? Co teraz...?
-Nie ruszaj się. ON wychodzi.
-Mi...
-Ciiiii....
Neko chciała się poruszyć, odezwać, ale jakaś ręka delikatnie, aczkolwiek stanowczo, opadła na jej pyszczek. No tak. W całym tym zamieszaniu zupełnie zapomniała, że jest kotem.
Zamiast skupić się na własnej nieciekawej sytuacji i niemocy, postanowiła skorzystać z nadarzającej się właśnie okazji i wrócić do obserwowania namiotu. Musiała się dowiedzieć, kto to jest ten ON. 
Rzeczywiście, z czeluści tkaniny wyłoniła się jakaś postać. Chociaż z powodu dużej odległości nie mogła dostrzec szczegółów, widziała, iż jest to mężczyzna. Miał on ciemne, dłuższe włosy i płaszcz, łudząco podobny do odzienia Blake'a. Materiał łopotał za swoim właścicielem, choć kotka była pewna, że w dolinie nie ma wiatru. Postać była wysoka, pełna dostojeństwa i dumy. Nieznajomy przechadzał się sprężystym, pewnym krokiem. Tłumy rozmaitych stworzeń rozstępowały się przed nim. Neko się nie dziwiła. Mężczyzna roztaczał wokół siebie nieprzyjemną i ciężką aurę. Nawet z tej odległości czuła się bardzo nieswojo. Może nawet lekko się...trzęsła?
Dziewczyna mimo ostrzeżeń i nawoływań instynktu, mimowolnie się poruszyła. Ruch był naprawdę nikły, szybko ponownie znieruchomiała. Zresztą i tak uwaga wszystkich była skupiona na czarnej postaci wodza. Nikt nie mógł tego zauważyć.
To, że nieznajomy się odwrócił musiało być więc zwykłym przypadkiem, prawda? Nawet jeśli przypadkiem patrzył dokładnie w kierunku Neko...
Kociooką zdjęła groza. Nadludzkim wysiłkiem powstrzymywała dreszcze przerażenia, które za wszelką cenę chciały nią wstrząsnąć. Nie było możliwym, aby ją widział, a jednak czuła na sobie wszystkowidzące spojrzenie. Nie mogła odwrócić wzroku. Dłonie mocniej przycisnęły ją do ziemi. Co dziwne, nie drżały. Nieważne kto to był, właśnie ratował jej życie. Jakim cudem mógł się nie bać w takiej chwili? Nie zdążyła zareagować, kiedy kamień z głośnym świstem przemknął tuż koło jej ucha, by następnie z dość obrzydliwym, choć cichym dźwiękiem ucichnąć gdzieś poza polem jej widzenia. Dopiero po chwili, gdy poczuła, jak z ręki jej wybawcy skapuje na nią jakaś ciepła kropla, zrozumiała co się stało. Żadne z nich się jednak nie poruszyło, nie wydało żadnego dźwięku. Tu chodziło o życie.
Nie widząc, ani nie słysząc żadnej reakcji, mężczyzna odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Po chwili zauważyli, jak w niebo wzbija się grupa wywern. Co dziwne, jedna miała chyba jeźdźca.
Gdy stwory zniknęły za horyzontem, w obozie znów rozległy się ryki, skrzeki, oraz wiele innych odgłosów bestii. Znów było ,,normalnie".
Po dobrej chwili Neko znów usłyszała przy uchu ten sam szept. Przyjęła go nawet z ulgą.
-Teraz cicho i powoli się wycofujemy. Ostrożnie.
Dźwięki z doliny skutecznie zagłuszał ewentualne trzaski i szelesty, jednak na wszelki wypadek kotka wycofała się w pełnej ciszy i skupieniu. Nie wiedziała, kim był jej gość, ale na pewno wolała go od niewątpliwego przywódcy potworów.
Z ulgą opuściła soje stanowisko i pożegnała dolinę. Miała nadzieję, że nie spotka już czarnego mężczyzny, choć wiedziała, iż są to co najwyżej senne mrzonki. Instynkt mówił, że spotka go na pewno jeszcze nie raz. Ale teraz miała na głowie inne, naglące sprawy. Takie jak poznanie nowego przyjaciela.

***

Następny rozdział już prawie jest, muszę jeszcze tylko rozstrzygnąć pewien problem natury fabularnej...niestety, nie mogę się nawet nikogo poradzić xD No, ale jeśli ktoś tu jeszcze wchodzi to pozdrawiam i...wróciłam! Podziękujcie za to ładnie Yorimi ;D

Rozdział 14

14. żyj

Blake miał niejasne przeczucie, że leży na ziemi, ale niezbyt go to obchodziło. Było mu zimno, jednak jednocześnie gdzieś z jego wnętrza promieniowało kojące ciepło. Miał ochotę po prostu tak leżeć z zamkniętymi oczami, zasnąć i zapaść się w siebie, poddać temu przyjemnemu uczuciu. Zapomnieć o wszystkim, bez końca trwać w błogim letargu.
-...ake...
Jakiś głos natarczywie dobijał się do jego świadomości, wybijając ze snu. Gdzieś na samym dnie umysłu kołatała mu się myśl, że jest coś o czym zapomniał. Coś ważnego. Ale co? naprawdę chciał dowiedzieć się, co to mogło być, lecz umysłowy wysiłek zbytnio go rozbudzał. Wolał po prostu spać.
- Blake... się... pro...
Ktoś klęczał nad nim i bezlitośnie potrząsał za ramiona, rozpraszając cudowne ciepło. Chłopak na nowo uświadomił sobie, że leży na zimnej posadzce. Poczuł ból w lewym ramieniu. Nagle zapragnął otworzyć oczy, sprawdzić, kto tak usilnie domaga się jego nieszczęścia. Z trudem uniósł powieki.
- Otwórz oczy Blake! Błagam!
Białowłosy skupił wzrok i spojrzał z wyrzutem na pochyloną nad nim dziewczynę. Jak przez mgłę przypomniał sobie złote włosy i zielone oczy. Jej spiczaste uszy wydawały się kiedyś istotne. ale o co mogło chodzić?
- Och, Blake! Tak się cieszę!
Widząc znajome błękitne tęczówki elfka wybuchła radosnym śmiechem i zarzuciła mu ręce na szyję. Przez chwilę naprawdę bała się już o swojego przyjaciela. Ten zaś powoli otrząsał sięz ośpienia i przypominał sobie, co go spotkało.
- Tamara...?
W ciągu ostatnich dni został okłamany, oszukany i zaatakowany, Teraz widział zmarłą przyjaciółkę. To było już zbyt wiele jak na niego. Po policzku spłynęła mu łza, do której szybko dołączyła kolejna.
- Skoro tu jesteś, to czy ja w końcu umarłem?
Tamara ujęła w dłoń jego podbródek i uniosła zrozpaczoną twarz. Było jej szkoda, że musiał tak cierpieć. Nie mógł jednak się poddać, nawet jeśli będzie musiał znieść jeszcze więcej.
- Posłuchaj mnie. Wiem, że dużo ostatnio przeszedłeś, ale musisz wziąć się w garść. Nie możesz jeszcze umrzeć. Musisz odegrać swoją rolę w nadchodzących wydarzeniach. Nie wiem, o co dokładnie, na czym to ma polegać, ale to bardzo ważne.
Blake miał ochotę zawyć. Ma żyć dalej? Wziąć się w garść? Miał już dość wszystkiego i wszystkich. Nie miał po co żyć. Nie miał dla kogo wstać.
- Chcę po prostu zostać tu. Nie pójdę dalej. Nie posiadam już nic.
- Nadal masz wiele, choć o tym nie wiesz. Czeka cię jeszcze sporo cierpień, ale wiem, że dasz radę. Jesteś silny. Ochraniasz to, co jest dla ciebie ważne. Więc żyj Blake. Żyj!
- Jak?!
Postać Tamary powoli zaczynała się rozmywać. Chciał ją złapać, zatrzymać, ale ona stawała się mgłą.
 Tracił ją ponownie.
Jak mogła oczekiwać, że po tym wszystkim wstanie i pójdzie dalej? Co niby jeszcze ma? Dlaczego ma tak się trudzić, cierpieć, skoro i tak kiedyś umrze?
Przed oczami stanęły mu obrazy ojca, matki, Svettanti. Szacunek. Poświęcenie. Śmiech. Księżniczka nie ochroni miasta, ale może jemu uda się chociaż przez chwilę zapewnić mu spokój?
Powoli wstał i postąpił niepewny krok. Kolejny. Teraz szedł już raźno, pewnie. Chciał ochronić choć parę uśmiechów. Dać powód do dumy rodzicom. Zasłużyć na szacunek. Jeśli się podda, nie będzie mógł spojrzeć ojcu w twarz. Blake nie miał zamiaru prosić o wybaczenie. Ocali miasto za wszelką cenę.
W uszach białowłosego niczym echo nadal brzmiały słowa przyjaciółki.
- Żyj Blake. Żyj...
***
- Patrzcie no! Ożył! Luke! Choć no! Luke?
- Nie krzycz tak przy chorym. Słyszę.
Blake otworzył oczy i przez chwilę patrzył zdezorientowany na ciemne niebo i księżyc. Kiedy spadał, było chyba jeszcze wcześnie. Czyżby aż tyle spał?
Teraz jednak bardziej zainteresowały go dwie sylwetki pochylające się nad nim. Jedna do złudzenia przypominała wilka, druga lisa. A właściwie ich pyski, które nawiasem mówiąc, były ogromne. W dodatku rudy stwór się odezwał. Przemówił po ludzku. Co tu się działo?
Białowłosy usiłował przewrócić się na plecy, ale ból w lewym ramieniu skutecznie mu to uniemożliwił. Zaskoczony syknął, na co wilk wyszczerzył kły. Teraz chłopak był już naprawdę przerażony. Jak miał się bronić? Był ranny i wyczerpany. Jeśli go zaatakują...
- Odsuńcie siętrochę, straszycie go.
Głowy odsunęły się i pokazała się trzecia postać. Mężczyzna wydawał się znajomy, ale niebieskooki nie zastanowił się nad tym, skupiony na jego rozmiarze. Kolejna wielka postać.
No właśnie. Oni byli wielcy, czy może jakimś cudem on się skurczył?
Ogromna dłoń wsunęła się pod niego. Delikatnie unosząc. Mimo wszystkich wysiłków. jakie postać włożyła w tę czynność, ból eksplodował nową falą.
- Miaaaauuu!
Zaraz, zaraz. Miau?!
- Jaki słodziak!
Wielki paluch połaskotał go po miękkim brzuszku, a on odruchowo złapał go łapkami, czego zaraz pożałował. Zrobiło mu się słabo. Po części przez ból, a po części przez małe, puszyste łapki z pazurkami. Zerwał się na łapy i rozejrzał dookoła. Miał ogon. Dotknął główy i poczuł uszka.
- Czemu ja do cholery jestem kotem?! Miau?!
Mężczyzna spojrzał na niego zdziwiony.
- Mnie się pytasz? A czym żeś chciał? Psem?
Blake spojrzał na szczerze rozbawioną twarz. Znowu odniósł wrażenie, że jest znajoma. Krótkie blond włosy, zmierzwione w artystycznym nieładzie. Niebieskie oczy. Parę zmarszczek świadczyło o przeżytych trudnościach. Serdeczny, miły głos. Lis zwrócił się nawet do niego Luke. Niemożliwe, a jednak chłopak podjął rozpaczliwą próbę.
- Tato?
***
Luke miał przeczucie. Kitsune zazwyczaj była mu całkowicie posłuszna i bez szemrania spełniała każde jego polecenie. Jednak wdawanie się w walkę z wywernami, choć mogli je ominąć zdawało jej się po prostu głupie. Blondyn był jednak nieubłagany. Dziewczyna wzruszyła więc ramionami i ruszyła do walki. Z potworami rozprawili się szybko, lecz nadal mogły przybyć kolejne. Miała ochotę jak najszybciej oddalić się od miejsca niebiezpieczeństwa. Niebieskooki jednak nadal zwlekał.
Luke sam nie miał pojęcia, o co chodzi, ale coś mu mówiło, że ma polanie jest coś, na co powinien zwrócić uwagę. Rozglądał się bezradnie dookoła, nie wiedząc, czego szukać, Przywołał Shiro, który spojrzał na niego mądrymi, błękitnymi oczami. Blondyn podrapał wilka za uchem
- Dobry Shiro. Szukaj.
Shiro zawył na potwierdzenie i ruszył, ale szybko poczuł znajomą woń. Była słaba, ale podobna do zapachu przyjaciela Kitsune. Podjął trop i niebawem ujrzał małe, białe stworzonko. Tknął je nosem. Ciche miauknięcie oznaczało, że jeszcze żyje, ale szkarłat na futerku dobitnie świadczył o ranie. Chyba poważnej.
Wilk zawył, wzywając swoich przyjaciół. Rosso i Luke przybiegli i także spojrzeli na małego kotka.
Mężczyźnie przypomniała się Diana. Może i to nie była ona, tego był pewny, ale nadal był ładny i podobny do jego ukochanej. Przypominał też mu o Blake'u. Chłopak był bezpieczny w Svettanti razem z matką i wiódł szczęśliwe życie. Na pewno.
Kitsune nie rozumiała, skąd nagły smutek na twarzy blondyna. Potrząsnęła swoją rudą grzywą i spojrzała na zwierzątko kolorowymi oczami. Jedno z nich było srebrne, drugie czerwone, oba z pionową źrenicą. Z tyłu wystawała jej puszysta, ruda kita - lisi ogon. Rosso buła Akagitsune - lisem i człowiekiem., Teraz z lekkim rozdrażnieniem patrzyła na kotka.
- No bardzo ładny, ale może już pójdziemy? Te potwory mogą wrócić.
- Bierzemy go.
-A po co nam on?!
Luke nie odpowiedział, tylko wziął na ręce stworzonko i delikatnie obejrzał ranę. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zrobił dla zwierzątka prowizoryczny opatrunek.
-Zazdrosna?
-Ty...! Ja go nie będę niańczyć!
Luke uśmiechnął się i ruszył w stronę lasu. Nie miał pojęcia dlaczego, ale mały kotek w jego dłoniach sprawiał mu wielką radość. Kitsune i jej śnieżny wilk, wierny towarzysz, dogonili starszego kolegę. Ten zaś wolną ręką pogładził między uszami przyjaciółkę, która przyjęła już postać lisa. Miała teraz biały brzuch i spód pyszczka. Jej łapy zdobiły czarne ,,skarpetki'', a końcówki uszu i puszystego ogona ozdobione były tym samym kolorem. Stanowiło ono kontrast z białym umaszczeniem Shiro, gdzieniegdzie przyprószonym szarością. Na czarnej obróżce zawieszonej na szyi lśnił niebieski kamień-prezent od Kitsune,  którą traktował jak matkę i opiekunkę. Między nimi wytworzyła się specyficzna więź. Jasne, polubił też blondyna, który do nich dołączył, ale bardziej był przywiązany do Rosso, to jej słuchał. Aria był częścią stada i lisiczka go słuchała. Była szczęśliwa, a to mu w pełni wystarczało.
Teraz mimo pozornego oburzenia czuł, że jest zadowolona. Więc było dobrze.
Niebieskooki uśmiechnął się. Miał przeczucie, iż tego dnia zyskał naprawdę wiele, choć nie miał pojęcia, co to było.
***
Luke patrzył na słodkiego malucha na swoich dłoniach i naprawdę nie wiedział, co się dzieje. Przed chwilą mały futrzak nazwał go ojcem. I ile pamiętał, miał tylko jedno dziecko. Ale przecież Blake nie był Gatto! A już na,pewno nie był gadającym kotkiem...
Kitsune ledwo powstrzymywała się od śmiechu. Puszysty zwierzaczek nazywający Luke'a tatą? To było wprost komiczne samo w sobie, a osłupienie na twarzy mężczyzny dopełniał obrazu.
Blondyn postanowił zaryzykować.
-Blake?
Sierściuch nie mógł uwierzyć własnym uszom. Ten człowiek wyglądał i brzmiał jak jego ojciec. Ale jakim cudem żył?
-Blake? Ale...czemu ty jesteś kotem?
-A czemu ty żyjesz?
-Czemu nie jesteś w mieście?!
-Dlaczego nie odezwałeś się, nie wróciłeś, nie dałeś znaku życia?!
Blake był teraz wściekły. Jego ojciec przeżył i nic nie powiedział. Nie dał żadnego znaku. Nie wrócił. Dlaczego?
Luke nie rozumiał, dlaczego jego syn opuścił miasto. Wiedział, że to niebezpieczne, czym to grozi. Ale opuścił miasto. I był kotem. Co my odbiło?
Ojciec i syn mierzyli się groźnym wzrokiem. Po chwili jednak roześmiali się i przytulili. W ich oczach błyszczały łzy. Na razie odsunęli od siebie wątpliwości i pytania. Po tylu latach byli znowu razem. Tylko to miało teraz znaczenie. Żyli.
***

18 sierpnia 2014

Poszukiwany, poszukiwana!!!

Poszukuję Ojca/Matki Chrzestnego/Chrzestnej dla tego oto osobnika. (Nie umiem wymyślać imion i nazwisk ;_;) Dopóki go nie ochrzczę, nie mogę napisać kolejnego rozdziału... Więc pomóżcie! T_T


Wiem, że talentu za grosz i przypomina dziewczynę, ale trudno...

16 sierpnia 2014

Rozdział 13

13. Szacunek

Wyglądali okropnie. Podarte, brudne ciuchy wisiały na ich wychudzonych sylwetkach. W potarganych włosach pełno było gałązek i liści, którymi już dawno przestali się przejmować. Zmęczone twarze pokryte były brudem i zaschniętą krwią. Tu i tam spod ubrań wystawały kawałki prowizorycznych opatrunków i bandaży. Nawet szmacianego misia nie oszczędziły trudy wędrówki, chociaż jego pięcioletnia właścicielka chroniła go jak mogła. Przyciskała swojego ulubieńca do piersi, zaciskała zęby i usilnie próbowała powstrzymać łzy, i nie narzekać na bolące nogi. Byli w drodze odkąd pamiętała, a nawet jeszcze dłużej. Wszyscy, bez wyjątku, byli wyczerpani.
Ale przynajmniej żyli.
Na razie.
***
-Jest coraz gorzej. Zbyt szybko się zbliżają. W tym tempie...
-Wiem.
-Niedługo nas dogonią, a wtedy...
-Wiem.
-Wszyscy  są zbyt wyczerpani, żeby stawić im czoła...
-WIEM!
Luke spojrzał na  resztę groźnym wzrokiem. Miał dość słuchania oczywistych faktów. Nie chciał też, żeby dzieci usłyszały. I tak było im ciężko, nie musiały się jeszcze dodatkowo bardziej bać. Jak na razie dzielnie znosiły trudy tułaczki. Ale jak długo jeszcze wytrzymają to tempo?
Mężczyzna spojrzał na grupkę dzieciaków, siedzącą trochę dalej przy własnym ognisku. Było ich około dwudziestki. Najstarsze z nich miało siedemnaście lat, najmłodsze cztery. Smętnie patrzyły w ogień, czekając na posiłek i nie odzywając się. Niektóre z młodszych pociech dusiły szloch. Wszystkie czekały w niepewności, czy zaraz nie będzie trzeba iść dalej.
Czasem jednak wśród dzieci gdzieniegdzie wybuchał śmiech, napawający optymizmem i radością. Wszyscy powoli się odprężali. Skoro pomimo wszystko istnieje jeszcze radość, to chyba nie jest jeszcze aż tak źle, prawda?
Luke uśmiechnął się z dumą. Jego ośmioletni synek wychodził z siebie, żeby tylko pomóc, ulżyć, poprawić innym humor. W trakcie wędrówki nosił młodsze dzieci albo śpiewał im marszowe piosenki, żeby chętniej szły. Pomagał innym nosić ich rzeczy i bagaże. Choć sam był wyczerpany, z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pojawiał się to tu, to tam, to z przodu, to z tyłu, aby powiedzieć parę słów zachęty, czy po prostu roweselić, dodając sił. W czasie postojów zawsze siadał i jadł ostatni, wcześniej upewniając się, że każde z dzieciaków ma swoją należną porcję posiłku i nikt nie został poszkodowany. Pilnował, aby nikt ze starszych nie gnębił młodszych. Czasem nawet dzielił się własnym jedzeniem, choć sam był głodny. Luke podejrzewał, że gdyby nie poprosił przyjaciółki chłopaka, dziesięcioletniej Mariki, żeby go pilnowała, sam zagłodziłby się na śmierć, żeby tylko inni się najedli.
Nawet teraz chłopak trzymał na kolanach małą dziewczynkę i opowiadał innym jakąś ciekawą historię. Sądząc po ich reakcjach, dość śmieszną.
-Luke...?
Na ramieniu zamyślonego mężczyzny spoczęła kobieca ręka. Gdy odwrócił głowę ujrzał piękne, czerwone oczy, które tak przecież kochał. Należały do kobiety, która zawsze była przy nim i dała mu ukochanego syna. Na imię jej było Diana. Miała długie, białe włosy, które lubiła zaplatać w gruby warkocz, aksamitny, lśniący ogon i uszy tego samego koloru. Na szyi błyszczał srebrny, owalny medalion-jedyna pamiątka z poprzedniego życia. Aria i Gatto żyją bardzo długo. Luke nigdy nie dowiedział się ile lat ma jego żona, ani jaka jest jej przeszłość. Wiedział, że ma swój sekret i szanował to.
-Na razie odpocznijmy. Bez dłuższej przerwy długo już nie pociągniemy. Stanę na warcie.
Odwrócił się i ruszył w stronę niewielkiej polanki, którą wypatrzył już wcześniej. Obozowali pod osłoną drzew, aby trudniej było ich znaleźć. Niestety atakujących też nie można było dostrzec. Dopiero siedząc na skraju lasu lub polany, można było obserwować niebo i ostrzec na czas innych.
Na środku otoczonej drzewami łączki rósł wielki dąb o rozłożystych konarach. Luke dobrze się wspinał, więc szybko znalazł się wśród najwyższych gałęzi. Pomiędzy dwoma grubymi konarami znalazł sobie wygodne siedzisko i zajął się obserwowaniem nieba.
***
Chłopiec skończył już swoją opowieść i dopilnował podziału jedzenia. Teraz przy ich dziecięcym ognisku było już głośno i wesoło. Nikt nie zauważył, jak odszedł w poszukiwaniu rodziców.
Mamę znalazł przy ognisku dorosłych, gdy wydawała posiłki i rozmawiała beztrosko z koleżanką. Nie było trudno ją wypatrzeć-białowłosa Gatto wyróżniała się z tłumu. 
-Pomóc ci, mamuś?
Gdy Diana odwróciła się zaskoczona, wpadła prosto w objęcia swojego białowłosego synka. Kolor włosów odziedziczył po niej, błękitne oczy po ojcu. Nie była tylko pewna, jakie odziedziczył zdolności.
-Ja już kończę.
-Szkoda...
-Ale możesz mi pomóc. Tato pełni wartę i jeszcze nic nie jadł. Zaniesiesz mu obiad?
-Jasne!
Ośmiolatek wziął pakunek od mamy, dał jej buziaka w policzek i ruszył w drogę.
-Uważaj na siebie! I powiedz ojcu żeby był ostrożny!
-Jasne!
Białowłosa patrzyła jak jej synek znika między drzewami. Pomyślała o mężu. Miała złe przeczucia.
***
Luke z aprobatą patrzył na białowłosą postać zwinnie przemykającą przez łąkę.  Chłopak pamiętał nauki rodziców i przekradał się od jednej plamy cienia do drugiej. Nawet jeśli nad nim przeleciałaby wywerna, zmarłby w bezruchu i prawdopodobnie by go nie zauważyła. Trudniej zauważyć coś, co chowa się i nie rusza, niż coś, co biegnie przez środek otwartej przestrzeni.
Tymczasem uśmiechnięty chłopak umiejętnie wspiął się na drzewo i już wyszczerzony siedział obok taty.
-I jak było?
-No nieźle, nieźle. Mama cię przysłała?
-Tak. Przyniosłem obiad.
-Jadłeś?
-Noooooooooo...ten...
-To choć zjedz ze mną. Mama chyba wiedziała, bo dała jedzenia na dwóch.
Obaj w milczeniu zabrali się do jedzenia. Chłopiec spoglądał na tatę. Miał on błękitne oczy i krótkie, blond włosy, zmierzwione w artystycznym nieładzie. Zawsze nosił swój charakterystyczny, długi, czerwony płaszcz z kapturem. Inni szanowali go i słuchali. Prawdziwy wzór. Czy kiedyś będzie do niego podobny?
-Dlaczego tak mi się przyglądasz?
-Po prostu...chciałbym być taki jak ty. Wszyscy cię szanują, słuchają...pomagasz i chronisz innych. Też chcę taki być.
-I jesteś.
Luke spojrzał w zdziwione i powątpiewające oczy syna.
-Mówisz tak, aby poprawić mi humor.
-Wcale nie. Stajesz w obronie młodszych, a czasem i starszych, i pilnujesz ich praw. Pomagasz innym i jesteś wesoły dla nich. Nie myślisz o sobie. Oni nie tylko lubią cię, ale słuchają i szanują.
-Mam wrażenie, że tylko ze względu na ciebie.
Mężczyzna zmierzył syna poważnym wzrokiem.
-Prawdziwego szacunku nie można tak po prostu odziedziczyć. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. I całe życie pracuje się, aby go utrzymać. Zapamiętaj to dobrze, aby jednym głupim czynem nie stracić czegoś, na co pracowałeś przez lata.
-A co jeśli mnie nie zrozumieją? Jeśli zrobię coś, co mi wyda się słuszne, ale inni pomyślą inaczej?
-Nikt nie ma prawa oceniać innych. Nie wiemy jak ten ktoś się czuł, co go do tego popchnęło, jakie miał intencje, w jakiej był sytuacji, czy dlaczego to zrobił. Czy ktoś kto kradnie, jest zły?
-Kradzież jest zła.
-Ale ten ktoś kradnie dla rodziny, której inaczej nie potrafi wyżywić. Aby przeżyć. Tak, kradzież jest zła. Ale czy ten złodziej także jest zły?
Chłopiec zamyślił się. Po chwili ostrożnie odpowiedział.
-Robi coś, co nie jest akceptowane i jest uważane za złe. Ale robi to, bo nie potrafi inaczej pomóc rodzinie i sobie. Nie jest zły, tylko zagubiony. Masz rację. Nie można oceniać innych, bo nigdy do końca nie poznamy ich sytuacji. Ale w takim razie...
-Tak?
-Ten ktoś stracił szacunek, bo nikt nie próbuje go zrozumieć i pomóc. Ale...
-Słucham.
-W takim razie skąd będę wiedzieć, kiedy postępuję naprawdę źle, a kiedy tylko inni tak myślą? Jak rozpoznać, kiedy powinienem się zatrzymać, zawrócić zanim będzie za późno? Nie mogę polegać na otoczeniu, bo przez to mogę popełnić poważny błąd.
-Powinieneś słuchać, co twoi przyjaciele i znajomi mają do powiedzenia, pamiętaj jednak, że ostateczna decyzja zawsze należy do ciebie. Ale nie ważne co robisz, zawsze postępuj tak, aby później móc spojrzeć w lustro. Idź z uniesioną głową i wybieraj mądrze, aby później nie musieć błagać o wybaczenie. Najważniejsze, aby nigdy nie utracić szacunku do samego siebie. Jeśli go nie masz, nie jesteś nic wart, choćby nawet miliony były zdolne pójść za tobą w ogień.
***
-Szybciej,szybciej!! RUCHY!!!!!
-Zaraz tu będą!!!!
W obozowisku zapanowało zamieszanie. Każdy w pośpiechu zbierał swój niewielki bagaż. Rodzice upewniali się, iż ich pociechy nigdzie się nie oddaliły i są gotowe do wymarszu. Nad całym rozgardiaszem panowali Diana i Luke.Czuwali nad wszystkim i pomagali tym, którzy mieli jakieś problemy. Ich syn wspiął się na drzewo i stamtąd obserwował zbliżające się skrzydlate bestie. Wywerny miały bardzo wyczulone zmysły i z daleka wyczuwały przedstawicieli różnych ras. Jednak dotyczyło to głównie osób dorosłych, których moce już się przebudziły. Im potężniejszy osobnik, lub im ich więcej, tym łatwiej zlokalizować cel. Jednak dzieci zazwyczaj nie wykazywały zdolności, były więc bezpieczne. Pomimo to rodzice bali się o swoje pociechy. Gdyby nie usilne namowy ośmiolatka  i lekcje kamuflażu i przetrwania, Diana i Luke nigdy nie pomyśleliby nawet o daniu mu tak niebezpiecznego zadania.
W powietrzu rozległ się ryk. Para, coraz bardziej zniecierpliwiona, zaczęła popędzać pierwsze osoby do wymarszu. Białowłosy zszedł z drzewa i zaniepokojony podbiegł do rodziców. Pokręcił głową.
-Nie zdążymy. Zaraz tu wylądują.
-Ile?
-Około trzydziestu...
-Cholera...myślałem, że mniej...
-LUKE!!! Nie przeklinaj przy dziecku!
-Przepraszam, przepraszam. No to ile mamy cza...
Dalszą część słowa zagłuszył donośny trzask. Dziesięć metrów od obozowiska drzewa zaczęły chwiać się i łamać pod uderzeniami długich ogonów i potężnych, szponiastych łap. Mimo przestróg żony mężczyzna zaklął pod nosem, co przypłacił porządnym kuksańcem pod żebra. Kobieta szybko dokonała oceny sytuacji. Grupka dzieci eskortowana przez paru dorosłych oddalała się od niebezpieczeństwa. Szybko, jednak nadal za wolno. Nawet jeśli drzewa spowolnią wywerny, nadal będą zbyt szybkie i liczne, by można było uciec. Pozostali w gotowości czekali na decyzję swojego nieformalnego przywódcy. Walczymy, czy próbujemy uciekać?
-Uciekajcie.
-Luke, możemy walczyć. Jesteśmy gotowi zginąć dla dobra naszych pociech. Jesteśmy zde...
-A kto je obroni, jeśli wszyscy zginą? Dla ich dobra musicie znaleźć im bezpieczny dom.
-Ale...
-Idźcie, JUŻ!!!
Wszyscy niechętnie i z ociąganiem obrócili się i pobiegli w ślad za resztą uciekinierów. Nie chcieli tego przyznać, ale miał rację. Nie mogli tutaj ginąć. Musieli dostarczyć swoje dzieci do Svettanti, aby mogły przeżyć.. Za wszelką cenę.
Bestie robiły sobie coraz więcej miejsca, pozbywając się drzew. Szło im niepokojąco szybko.
Luke zorientował się, że nadal nie jest sam. Koło niego została jego żona i syn.
-Zabierz go stąd. Tu nie jest bezpiecznie.
-Żartujesz?! Nie zostawię cię. Jestem wojowniczką.
-Ja nigdzie nie idę. Zostaję z tobą, tato.
-Czy wyście poszaleli wszyscy?! Sio mi stąd, ale JUŻ!!!
-Nie.
Na mężczyznę padło harde spojrzenie czerwonych i niebieskich oczu. Tak bardzo ich kochał. Chciał dla nich jak najlepiej. To dla nich zdecydował, że tu zostanie. Chociaż myśl, że już nigdy ich nie zobaczy rozrywała mu serce, nie mógł pozwolić, aby tych dwoje zatrzymało się zanim dotrze do celu. Nigdy by tego sobie nie wybaczył.
Kucnął i spojrzał na błagalny wyraz twarzy syna.
-Posłuchaj mnie. Wszystko będzie dobrze.
-Nic nie będzie dobrze. Zginiesz tutaj. Zostawisz nas. Ja...nie damy sobie bez ciebie rady...Potrzebuję cię!!!
-Nie. Jesteś dzielny i silny. Jestem z ciebie dumny. I nie mogę pozwolić, abyś się tu zatrzymał. Kocham cię. Pamiętaj o tym. I opiekuj się mamą.
-Idź za resztą. Zostanę z tatą.
-Nie. Ja sam wystarczę. Kocham was i chcę, abyście żyli. Nie utrudniajcie mi tego.
W oczach Diany stanęły łzy. Widać nawet wojowniczka czasem płacze. Przytuliła męża i pocałowała go na pożegnanie.
-Też cię kocham.
Mężczyzna z powrotem kucnął przed synem i popatrzył mu głęboko w oczy. Gorące łzy spływały po drobnych policzkach. Wiedział, że mają mało czasu. Ale to były jego ostatnie chwile z tymi, których kocha najbardziej. To było jego pożegnanie, którego nikt nie mógł mu odebrać.
-Tyle jeszcze chciałbym ci powiedzieć, przekazać...szkoda, że nie mam już czasu. Ale nie ważne co się stanie, pamiętaj, że bardzo was kocham i to, co może się stać to nie wasza wina. Nie chcę, żebyś był smutny kiedy mnie zabraknie. Dobrze?
-Więc dlaczego to robisz?! Ja...
-Pamiętasz, o czym ostatnio rozmawialiśmy?
-Tak.
-Ja...kiedyś zrobiłem coś, czego żałuję do dziś. Nadal mi wstyd. Wtedy straciłem do siebie szacunek, zacząłem samym sobą gardzić. Ja...proszę, pozwól mi polec w obronie tego, co kocham. W obronie jedynej rzeczy, dla której nadal żyję. Nie miałem po co chodzić po świecie. Gdyby nie wy...daliście mojemu życiu sens. Pozwólcie mi chronić was do końca. Może wtedy...może uda mi się znów spojrzeć sobie w twarz.
-Tato...
-Wszystko się ułoży, obiecuję. Weź to, unieś głowę i idź dalej. I pamiętaj, że jestem z ciebie dumny.
To mówiąc Luke zdjął z ramion swój płaszcz i wręczył go synowi. Po raz ostatni zmierzwił mu włosy i patrzył, jak matka szlochając zabiera chłopca w bezpieczne miejsce. Gdy ośmiolatek odwrócił się po raz ostatni, mocno ściskając ostatni prezent od taty, zobaczył jak jego ojciec odwraca się i rusza na czarne potwory. Wiatr przyniósł jeszcze ostatnie słowa:
-Nigdy nie popełnij moich błędów, Blake.
***
Przepraszam, że tak długo, ale już jest, od razu mówię, że na kolejny też trochę chyba poczekacie, bo muszę wymyślić nową postać, a pomysłów brak :/ Neko będzie miała towarzysza (o ile się nie pozabijają od razu XD)

18 lipca 2014

Rozdział 12

12. Drakia i Neko

Drakonia wodziła wzrokiem od swojej córki do jej złotookiej koleżanki. Ta druga wyglądała dziś wyjątkowo...po królewsku. Czarne włosy nie spływały już falami na ramiona, ale były zaplecione w gruby warkocz, gęsto poprzetykany lśniącymi paciorkami. Srebrny diadem dodawał złotym oczom blasku. Fryzura nie była jednak jedyną zmianą. Dziewczyna zmieniła swoje zwykłe ciuchy na piękną suknię ze srebrnego jedwabiu. Wymyślne wzory wyszyte kosztownymi nićmi lśniły w blasku słońca. Prosta postawa i dumnie uniesiona głowa dopełniały obrazu sprawiając, iż naprawdę można ją było wziąć za królewnę.
W przeciwieństwie do prawdziwej księżniczki, która zdążyła już pozbyć się sukienki i stała przed rodzicami w swojej ulubionej skórzanej, ćwiekowanej kurtce i spodniach. Strój, choć wygodny, niezbyt pasował do królewskiej córki.
Królowa spoglądała na nastolatki nie wiedząc co myśleć o ich pomyśle. Jej małżonek za to wyglądał na rozbawionego. I...dumnego?
Władczyni w końcu potrząsnęła głową i spojrzała na swoje dziecko. Tak bardzo brakowało jej córki. Kochała ją i nie chciała znów stracić.
-Nie. Nie zgadzam się. Nigdzie nie idziesz.
-Mamo...
-Nie. Nawet jeśli będę musiała zatrzymywać cię siłą to i tak cię nie puszczę.
Drakia spojrzała na mamę z powątpiewaniem.
-A ja sądzę, że powinnaś ją puścić.
-I ty, Brutusie? Mój własny mąż przeciwko mnie?
-Jest jeszcze młoda. Daj jej się wyszaleć.
-Za młoda. A jak coś jej się stanie?
-Poradzi sobie. W końcu to nasza córka.
Spojrzenie królowej trochę zmiękło. Może jej mąż miał rację? Ale mimo wszystko trudno jej było pogodzić się z ponownym odejściem świeżo odzyskanej córki. Król poklepał ją po ramieniu i mrugnął do dziewczyn.
-Jak zgłodnieje to wróci. Jak to kot.
-Desmondzie!
-Tato!
-Co? No dobra, dobra. Tylko żartowałem. Chyba.
Zrezygnowana Drakonia westchnęła. Może i była przedstawicielką jednej z najpotężniejszych ras, ale nadal nie potrafiła zrozumieć poczucia humoru swojego małżonka.
Spojrzała na Casandrę. Naprawdę ją polubiła i było jej żal dziewczyny. Teraz miała szansę spełnić jej marzenie. Desmond (tak, właśnie ochrzciłam króla XD) przytulił żonę.
-Koty zawsze chodzą własnymi ścieżkami. I tak byś jej nie zatrzymała. To nie jest jej świat i dobrze o tym wiesz. Przecież nie tracimy jej na zawsze. No i teraz, będziemy mieć jeszcze jedną córkę.
W oczach matki zalśniły łzy. Mężczyzna gestem przywołał milczącą dotąd Casandrę i ją także zamknął w uścisku. Z początku nieśmiało uniosła ręce, potem już mocno ściskała swoich nowych rodziców.
Czerwonooka uśmiechnęła się i ruszyła do wyjścia. Zatrzymał ją głos matki.
-Nie dołączysz do nas, Drakio?
Uśmiechnęła się krzywo. Wiedziała, że rodzicom będzie trudno się przyzwyczaić. Nie mogli przestawić się od razu. Ale to minie i wszyscy będą szczęśliwi. Była tego pewna.
-Drakia jest już z wami. Ja jestem Neko.
***
Wieczorem w centrum miasta wyprawiono wielką ucztę. Już drugi dzień świętowano, ale dzisiejsze wydarzenie miało być wyjątkowe. Oto po sześciu latach powróciła zaginiona księżniczka. Wszyscy chcieli znów ją zobaczyć i świętować szczęście lubianej pary królewskiej. Dzisiaj cała trójka miała dołączyć do uczty na rynku. Wieść o tym wywołała wśród biesiadników wielkie poruszenie.
Gdy słońce zaczynało już znikać za horyzontem, zapalono pochodnie i miejsce uczty wypełniło się miłym, rozchybotanym blaskiem. Pojawił się też długo wyczekiwany uroczysty orszak w królewskich barwach. Wśród tłumu zapanowało ożywienie, gdy w końcu ujrzano długo wyczekiwaną księżniczkę Drakię. Była taka, jak ją zapamiętano, choć po prostu trochę starsza. Doroślejsza. Z gracją zajęła honorowe miejsce na podwyższeniu, pomiędzy swoimi rodzicami.
Gdyby ktoś przyjrzał się uważniej, mógłby dojrzeć cień smutku w złotych tęczówkach królewny.
***
Oddalając się od Città Reale czuła się trochę dziwnie. Właśnie zostawiała za sobą dom i rodzinę, której tak jej brakowało. Być może już tam nie wróci. Czy robiła dobrze? A może to był po prostu jeden wielki błąd?
Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na miasto. Zostawiła tam swoje królewskie życie. Czy zrobiła dobrze?
Kim właściwie była? Zawsze znała odpowiedź na to pytanie. Księżniczka Drakia. Po prostu. Nigdy się nad tym nie zastanawiała. To było proste. Ale później pojawił się Blake. Nie wiedziała, dlaczego za nim poszła. Dlaczego mu pomagała. Gdy w końcu się ujawniła, nie potrafiła powiedzieć mu prawdy. Więc powstała Neko. I wtedy po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, kim naprawdę jest? 
Księżniczka do niej nie pasowała, o tym wiedziała już od dawna. Lecz mimo wszystko nią była. Bo kim innym? Przecież Neko tak naprawdę nie istniała. Dziewczyna ją wymyśliła na potrzeby chwili. Przynajmniej wtedy tak myślała.
Teraz nie była już Drakią. Była nią Casandra. Złotooka i czarnowłosa księżniczka. Taka, jakiej się spodziewano i jaką chciano.
Czerwonooka odwróciła się i zaczęła biec. Już gdy była w ruchu, płynnie opadła na cztery kończyny i przybrała kocią postać. Już się nie obracała. Nie ważne kim była kiedyś. Liczy się teraz. A teraz jest Neko.
Kimkolwiek ta Neko jest...
***
Ciąg dalszy dla moich ukochanych miłośniczek tortur i przemocy. Mam nadzieję, że się podobało ;*

17 lipca 2014

Rozdział 11

11. Dwie oszustki

Drakia siedziała na ławce w parku i spoglądała na odbicie gwiazd w jeziorze. Podczas wcześniejszej rozmowy z matką, dziewczyna dowiedziała się o czymś, o czym wolałaby nie wiedzieć. W uszach nadal brzmiały jej sowa Drakonii. Sytuacja Arii i Gatto była o wiele gorsza, niż z początku myślała.
Blake...
Ciekawe co teraz robił, gdzie był? Czarnowłosa miała tylko nadzieję, że nie zrobił nic głupiego i nic mu nie jest. Że jest bezpieczny.
Czerwonooka szybko zbeształa się za własną naiwność. Oczywiście, że nie był bezpieczny. Wylecenie z taką prędkością i gwałtownością na pewno musiało kosztować go wiele mocy. A im więcej mocy używał, tym bardziej zwabiał wywerny. One wyczuwały takie rzeczy. A Blake mimo wszystko był tylko szesnastolatkiem. Zranionym i pewnie wyczerpanym. Może właśnie w tej chwili kończy żywot, rozszarpywany przez ostre pazury, gdzieś w jakiejś jaskini. A ona nawet nie dowie się o jego śmierci. A na nagrobku napiszą mu: ,,Tu spoczywa Blake...."
Chwila. Drakia ze zdziwieniem doszła do wniosku, iż nawet nie zna jego nazwiska. No i co napisze mu na grobie? Chociaż... jak ma mu postawić nagrobek, skoro nie dowie się o jego śmierci?
-Księżniczko...
Dziewczyna wzdrygnęła się zaskoczona i odwróciła by spojrzeć, któż to przerwał jej arcyciekawe rozważania swojego problemu. Parę kroków od niej stała jej rówieśniczka o złotych oczach.
-Prosiłam, mów mi Drakia. Albo Neko, jak wolisz. Mi to i tak bez różnicy.
-Mogę się dosiąść?
Czerwonooka przesunęła się, robiąc miejsce na ławce. Dziewczyna usiadła obok niej i przez chwilę obie w milczeniu spoglądały na gładką taflę jeziora. Ciszę przerwała Nero.
-Blake już odszedł, prawda? Nawet się nie pożegnał.
Odpowiedziała jej cisza. Bo co też można było na to odpowiedzieć. Odszedł, bo go zawiodłam?
-Wiesz, przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że jestem księżniczką.
Drakia spojrzała na nią z ukosa. W złotych oczach nie było żalu. Po prostu trochę smutku. Uśmiechnęła się krzywo.
-Ja nigdy nie chciałam nią być. Nie cierpiałam tych sukienek, lekcji, nudy...
-To chyba lepsze niż bycie sierotą na wsi, w biednej, przybranej rodzinie, która na dodatek cię nie cierpi.
Nero spuściła wzrok, nagle zafascynowana własnymi butami. Jej policzki spłonęły okazałym rumieńcem. Było można wyczuć napięcie wiszące w powietrzu. Gdy dziewczyna w końcu się odezwała, mówiła cichym i zrezygnowanym tonem.
-Ty ukrywałaś to, kim jesteś, a ja udawałam kogoś, kim nie jestem. On mi pomógł, a ja go oszukałam i wykorzystałam. Tak bardzo chciałam zmienić swoje życie... Biedny Blake... Nigdy nie zapomnę jego twarzy, gdy mu powiedziałam...
-Nigdy nie było żadnej amnezji, co?
-Nie. Usłyszałam, że ktoś szuka zaginionej królewny. Byłam do niej podobna, więc postanowiłam spróbować szczęścia. Na Deserto trafiłam przypadkiem.
-A jak masz naprawdę na imię?
-Casandra.
W złotych oczach błyszczały szczere łzy. Ona naprawdę żałowała tego co zrobiła. Drakii zrobiło jej się żal. Chciała tylko lepszego życia. I co dostała w zamian? Były takie same.
Czerwonooka zamyśliła się. W głowie powoli kształtował jej się pewien plan. Może i szalony, ale czemu nie?
-Może jeszcze nie jest za późno. Ani dla ciebie, ani dla mnie.
Dziewczyna podniosła na nią zdziwiony wzrok. Jeszcze nigdy nie widziała, żeby księżniczka uśmiechała się w tak przebiegły sposób.
***
Blake nie miał pojęcia gdzie leci. Właściwie wcale go to nie obchodziło. Chciał tylko znaleźć się jak najdalej od Neko.
A właściwie księżniczki Drakii.
Chłopak wciąż poprawiał samego siebie, ale wciąż nie potrafił myśleć o swojej niedawnej towarzyszce inaczej niż Neko. A samo jej wspomnienie sprawiało mu ból. A przecież nie była jedyna. Nawet Nero okazała się Casandrą, która nigdy nie miała amnezji. A on dał im się omamić. Wyszedł na zwyczajnego głupca.
Białowłosy zacisnął zęby i starał się więcej nie myśleć o dziewczynach. Próbował skupić się na szybkości i kierunku lotu. Chłodny wiatr owiewał mu twarz. Pęd powietrza gwizdał w uszach, a płaszcz łopotał za nim. Teraz nic się nie liczyło. Był tylko on i wiatr.
***
Wywerna zbliżała się szybko, wietrząc przedstawiciela znienawidzonej rasy. Z małego punkciku na horyzoncie, stała się już dużą plamą. Gdy niebieskooki w końcu wyrwał się z otępienia była już blisko. Trochę zbyt blisko.
Blake spóźnił się z unikiem o parę sekund. Zaklął, gdy szpony rozorały jego lewe ramię. Krew pozwoliła mu odzyskać jasność umysłu. Teraz musiał przeżyć. Tylko to się liczyło.
Gdy potwór zaatakował po raz drugi, był przygotowany. Zwinnie uskoczył w powietrze, przelatując nad grzbietem bestii. Trwało to co najwyżej dwie sekundy. Zbyt mało dla wywerny, aby uniknąć ciosu na skrzydła. Wystarczająco dużo dla urodzonego wojownika, aby taki cios zadać.
Z paszczy wydobył się ogłuszający ryk. Stworzenie nadal zawzięcie próbowało utrzymać się w powietrzu, ale ranne skrzydło skutecznie to uniemożliwiało. Czarne cielsko nieuchronnie zbliżało się do ziemi.
Białowłosy nie czekał, aby sprawdzić, czy stwór zginął. Jeśli był jeden, mogło być ich więcej. Chłopak ruszył więc w dalszą drogę. Po chwili odległe ryki upewniły go w słuszności jego decyzji.
Niebieskooki podążał przed siebie, a z każdą chwilą wszystko było mu coraz bardziej obojętne. Nie obchodziły go wywerny, zapewne podążające jego śladem. I tak nikogo nie obchodziłaby jego śmierć. Pewnie nikt by się nie przejął, nikt by nie zapłakał. Więc po co się męczyć? Walczyć? 
Powoli wszystko zaczynało się rozmazywać i zlewać. Brakowało mu sił. Lewej ręki już nie czuł, chociaż zbytnio się tym nie przejmował. Nie przejmował się też wtedy, gdy ziemia postanowiła wyjść mu na spotkanie i zbliżała się w zatrważającym tempie. 
*** 
Heh, nie ma to jak skończyć w takim momencie ;D