31 marca 2014

Rozdział 9

Rozdział ten dedykuję Catalinie Panterze (może jeszcze czasem zagląda). Przepraszam, wiem, że wtedy przegięłam. Ale mam nadzieję, iż mi wybaczysz.

9. Przeszłość. Teraźniejszość. Przyszłość?

Spod strzelistej bramy wyłoniły się dwie sylwetki. Samo ich pojawienie się nie było niczym nadzwyczajnym. W stolicy zawsze pełno było różnych podróżników i osobliwości. Jak w każdym większym mieście. Bardziej niezwykłe natomiast były same postacie. Oboje wyglądali na około szesnaście lat. Dziewczyna miała czarne, lśniące, długie włosy i śliczne oczy o złotych tęczówkach. Przed wzrokiem tych rozszerzonych z ciekawości źrenic, żaden szczegół nie mógł się ukryć. A naprawdę było na co popatrzyć. Nero podziwiała wysokie bramy, strzeliste wieżyczki i dachy. Podobały jej się zdobione kopuły i wąskie uliczki wyłożone kolorowymi kamieniami. Przystawała z zachwytu przy pięknych, rzeźbionych fontannach rozpryskujących mgiełki wody, w których tańczyła barwna tęcza. W oknach, przy ławkach i murkach rosły najróżniejsze kwiaty, od których cudownego zapachu wprost kręciło się w głowie. Czarnowłosa wciąż rozglądała się na boki nie mogąc opanować bezbrzeżnego zachwytu.
Jej towarzysz sprawiał zupełnie odmienne wrażenie. Nie rozglądał się, nie cieszył. W jego kroku było coś sztywnego, jakby szedł przez sen. Nie można było dostrzec jego twarzy, całkowicie ukrytej w cieniu kaptura od czerwonego płaszcza. Przechodnie spoglądali ze zdziwieniem na tę ponurą, niecodzienną postać, zupełnie nieczułą na wdzięki Città Reale.
Blake nie mógł się skupić. Nie wiedział nawet dokąd idzie. Po prostu szedł. Otaczały go piękne domy, kwiaty, ale wszystko dochodziło do niego jak przez mgłę. Oto znalazł się w TYM mieście. Mieście, któremu wielu nadawało tak różną symbolikę. Dla jednych było stolicą, dla innych domem. Bezpiecznym, spokojnym miejscem. Tak jak dla tych, którzy zginęli tu podczas pogromu. Dla Elfów było symbolem triumfu. Ale byli i ci, dla których było to uosobienie zdrady. Nie klęski. Zdrady. Białowłosego otaczały teraz te same mury, które pięćdziesiąt lat temu skrwawione zostały krwią niewinnych i bezbronnych. Te drzewa były świadkami tamtej rzezi. W tych domach mogli kiedyś mieszkać. A teraz już ich nie ma. Przepadli. Zginęli. Tak po prostu. Bo komuś to było na rękę. Bo ktoś wolał poświęcić ich dla świętego spokoju. Dla końca uciążliwej wojny, która nawet ich nie dotyczyła.
Teraz niebieskooki był tego świadom tak dobitnie, jak jeszcze nigdy dotąd.
Widział to. Choć przecież nie mógł. A jednak. Gdy patrzył na otaczającą go stolicę przeszłość przeplatała się z teraźniejszością. Widział grupkę zawzięcie broniącą się pod murem pięćdziesiąt lat temu. Gatto walczących na placu w nierównej walce. Arian biegnących na pomoc. Twarze elfów wykrzywione w nienawistnym grymasie. A przecież to wszystko już się skończyło. Oni już dawno nie żyją. Zginęli na lata przed przyjściem Blake'a na świat. Nie było ich tu. Więc czemu to wszystko oglądał?
Chłopak toczył walkę z samym sobą. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Wyobraźnia płatała mu figle? Czy naprawdę oglądał pogrom sprzed kilkudziesięciu lat?
Te obrazy były wszędzie, w każdym miejscu, na każdej uliczce. Niebo gwałtownie zmieniało barwę z błękitnej na czarną i z powrotem. Słońce przechodziło w szkarłatny księżyc. Białowłosy rozpaczliwie walczył z bezlitosnymi zmorami przeszłości. Był bezsilny. Nie potrafił odpędzić strasznych obrazów. Teraźniejszość i przeszłość zmieszały się ze sobą tak, że nie potrafił odróżnić, co naprawdę jest przed nim, a co jest tylko widmem, cieniem historii.
Niebieskooki nie był już pewien, co tak naprawdę się dzieje. Gdzie jest. Gdzie idzie. Kim jest. Była tylko ta straszna rzeczywistość, od której pragnął się uwolnić.
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że coś wbija mu się w ramię. Mocno. Był też jakiś cichy głos, właściwie szept. Znajomy. Spojrzał w tę stronę. Rzeczywistość powróciła. Na jego ramieniu siedziała Neko. To nie była zmora. Ona była tu i teraz.
-Blake...czy...czy ty też to widzisz...? Jak...przecież to...to było jakieś pięćdziesiąt lat temu...
Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem. A więc także to widziała. Czyli wcale mu nie odbiło. Albo odbiło im obojgu.
-Widzę...
Oboje uspokoili się lekko. Jakoś lżej było oglądać te sceny gdy już wiedziało się, że nie jest się samotnym. Teraz już jasno wiedzieli, gdzie zmierzają. Do zamku. Tam wszystko miało się wyjaśnić.
***
-Jesteś pewny, że powinniśmy iść wszyscy?
-No jasne. Powinnaś być ze mną i Nero. Zresztą wszyscy i tak myślą, że jesteś kotem.
-No niby tak...ale jakoś nie podoba mi się ten zamek. A jak nas nie wpuszczą?
-Wpuszczą, wpuszczą. W końcu mamy ze sobą księżniczkę.
-Raczej dziewczynę z amnezją, która może jest księżniczką. Bardzo wielkie może.
-Oj nie marudź.
Blake i Neko rozmawiali szeptem idąc parę kroków przed zachwyconą Nero. Dziewczyna zresztą była tak uwiedziona urokiem miasta, iż na nic innego nie zwracała uwagi. Cała trójka kierowała się w stronę ogromnego zamku wzniesionego z błękitnego kamienia.
***
-Blake, boję się. Co jeśli to nie ja?
Białowłosy spojrzał na nią z rozdrażnieniem. Znosił ją i niańczył przez cały ten czas. Przeszedł przez to cholerne miasto. A teraz stali przed wrotami, za którymi kryła się odpowiedź. Czy to będzie koniec poszukiwań? A może dopiero początek? I kiedy w końcu sam uporał się jakoś ze swoimi wątpliwościami, teraz, kiedy był już zdecydowany, ona musiała zacząć się wahać. No po prostu musiała. Inaczej chyba nie byłaby prawdziwą kobietą.
-Czy nie sądzisz, iż jest już troszeczkę za późno, aby zgłaszać jakieś obiekcje?
-Ale wiesz...
-Teraz już nie ma żadnych ,,ale". Teraz są te drzwi, a za nimi król i królowa Drakonia. I być może przyszłość całej rasy Gatto i Arii. Goniłem przeznaczenie przez całe cztery lata. Nie wycofam się u mety.
To powiedziawszy chłopak mocno, stanowczo pchnął drzwi i pewnym krokiem wkroczył do komnaty. Za nim niepewnym krokiem ruszyła dziewczyna. Sala nie była zbyt duża. Światło wpadało przez piękne, barwne witraże, ciągnące się od ziemi aż do sufitu. Pomiędzy nimi kosztowne arrasy zakrywały ściany. Puszysty dywan tłumił kroki. Jedynymi meblami w pomieszczeniu były dwa solidne fotele. Je zaś zajmowała królewska para. Królowa miała czarne włosy przeplecione pasemkami bieli, zaplecione w gruby warkocz sięgający do pasa. Złota, dyskretnie zdobiona korona porażała prostotą. Jednocześnie zaś, w zestawieniu z czarnymi włosami i śliczną twarzą, dodawała władczyni majestatu. Złote oczy, okolone gęstymi rzęsami patrzyły na przybyszy z nadzieją, która tylko dodawała jej blasku. Karminowe usta dopełniały obrazu. Od kobiety wprost biło naturalne piękno.
Jej małżonek miał krótkie, szpakowate włosy. w przeciwieństwie do Drakonii był spokojny. Trzymał dłoń żony, gładząc ją lekko. Spoglądał przy tym na Blake'a swoimi zielonymi oczyma, w których igrało ledwie widoczne rozbawienie i współczucie. Chłopaka zastanawiało to spojrzenie. Wydawało mu się? Nie. Czyżby król wiedział o czymś, o czym on nie wiedział?
Białowłosy doszedł do środka komnaty i ukląkł na jedno kolano, nisko pochylając głowę. Nero po chwili wahania poszła w jego ślady. Niebieskooki zauważył, iż kotka gdzieś wsiąkła. Zresztą spodziewał się tego. od początku miała opory przed wejściem do zamku.
-Wasze Królewskie Mości...
-Proszę, powstańcie oboje. Nie przepadam za takimi formalnościami.
Oboje podnieśli się z niekłamanym zdziwieniem. Król nadal siedział nieruchomo i zdawało się, że ogląda całą scenę ze skrytym rozbawieniem.
-Królowo, Królu...Ja...Mam na imię Blake. Jestem z Arii. Opuściłem Svettanti z powierzoną mi misją. Od czterech lat podróżuję po świecie, aby odnaleźć zaginioną królewnę.
Drakonia lekko pobladła.
-Cztery lata?
-Przepraszam, iż tyle to trwało. Ale mam nadzieję, że...że się udało. Przykro mi, ale nigdy nawet nie widziałem księżniczki na oczy, więc mogłem się pomylić. Szczerze mówiąc przez cały czas szukałem na oślep wiedząc jedynie, iż dziewczyna ma aktualnie jakieś szesnaście lat, czarne włosy i złote oczy. Mogłem się pomylić...
Mówiąc to chłopak delikatnie popychał dziewczynę do przodu, aby królewska para mogła ją trochę lepiej dojrzeć. Drakonia wprost nie mogła uwierzyć. Trzy informacje i cały świat do przeszukania, a on się tego podjął. Stał przed nią chłopak, który opuścił bezpieczne miasto ryzykując życie, aby odnaleźć księżniczkę. A teraz przed nią stała dziewczyna, która być może była jej córką...czy naprawdę mogła zobaczyć ją, po tylu latach...?
-Drakia...?
-Przepraszam, ale ja nie mogę pomóc. Nic nie pamiętam... Mam amnezję...
Władca nawet nie wykazywał zainteresowania złotooką. Uważnie rozglądał się po części sali znajdującej się za plecami chłopaka. Najwyraźniej zauważył to, czego się spodziewał, ponieważ pozwolił sobie na uśmiech. Powstał.
-Gratuluję ci, Blake'u. Wykazałeś się odwagą. Ryzykowałeś życie, aby spełnić przepowiednię.
Władczyni zatrzymała się wpół kroku. Nero podniosła głowę. Białowłosy oniemiał. Wszystkie oczy zwróciły się ku władcy.
-Król wie?
-Tak. Wiedziałem o istnieniu przepowiedni na wiele lat przed tobą.
Teraz w jego oczach już wyraźnie było widać szczere rozbawienie. I współczucie.
-Udało ci się, młody Ario. I jestem ci wdzięczny, że przyprowadziłeś ze sobą moją córkę. Trochę ci współczuję. Pewnie dała ci popalić...
-A więc ona naprawdę jest...
Chłopak był zdezorientowany, gdyż zielone oczy nie patrzyły wcale na Nero. Szczerze mówiąc od ich pojawienia się, mężczyzna spojrzał na nią ledwie przelotnie. O co mogło chodzić?
Głośny śmiech rozległ się w całej komnacie. Drakonia spoglądała na męża nic nie rozumiejąc. Dlaczego jej mąż tak się śmiał?
-Tak myślałem. Szczerze ci współczuję. Nie powiedziała ci, prawda? Ach, Drakio, jesteś okrutna. No przywitajże się wreszcie ze swoim ojcem i nie męcz już biednego chłopaka!
Biedny chłopak zrozumiał. Nie wierzył, ale to już była inna bajka.
Z cienia za Blake'iem wyłoniła się odziana na czarno dziewczyna.
-Jak się masz, tatku? Widzę humor dopisuje. Cześć mamciu. Jak widzę tato nic ci nie powiedział? I kto tu jest okrutny, co? No nic. Wróciłam. Trochę minęło, co?
***
Trochę to zajęło, ale w końcu jest. Nawet w miarę długi. Mam nadzieję, że się podobało (siedzę przy tym od paru godzin, bo jakoś nic napisać nie mogłam, no i zaczyna mi odbijać...). Następny rozdział będzie (mam nadzieję) szybciej (gdzieś tam po drodze czytałam ,,Zwiadowców" i się skupić nie mogłam XD, a potem było jeszcze ,,Ogniem i mieczem" i jak próbowałam coś napisać to się własnym językiem potem załamywałam XD). No to dobranoc ;*

11 lutego 2014

Rozdział 8

8. Przypadek czy przeznaczenie?
-Neko...kici, kici, kici...no...nie uciekaj...mam cię!!!
Czarnowłosa skoczyła w pogoni za czarną kotką. Tej jednak po raz kolejny udało się wymknąć z jej ramion i schować się za plecami Blake'a. Złotowłosa z rezygnacją usiadła na ziemi. Chłopak ledwie powstrzymywał śmiech. Nieznajoma miała mniej więcej tyle samo lat co on, a była taka beztroska. Ona pewnie miała dzieciństwo...
-Ehhhhhhhhh...
-No i co tak wzdychasz?
-Czemu ona tak mnie nie lubi? Jest taka śliczna...
-Nie przejmuj się tym. Ona nikogo nie lub... Auaaaaa!!! Nie drap!!!!! Taka przecież prawda!
W tym momencie białowłosy zaczął mocować się urażoną Neko, ku uciesze ich nowej towarzyszki. Złotooka ze śmiechu turlała się po ziemi, oglądając zmagania chłopaka. Po pewnym czasie prychająca kotka wskoczyła na kamień, gdzie była już poza zasięgiem innych. czarnowłosa nadal jednak nie potrafiła powstrzymać nagłych wybuchów wesołości.
Blake spojrzał na dziewczynę. Była taka wesoła pomimo amnezji i towarzystwa obcego. Zdawała się niczym nie przejmować. Jak mogła być taka beztroska?
Niebieskookiemu nie tylko to nie dawało spokoju. Odkąd ją spotkał bił się z własnymi myślami. Nie wiedział, co ma myśleć o dziwnym zrządzeniu losu. Miał niebywałe szczęście, czy po prostu był to jeden wielki, okrutny żart losu?
-Nadal nic nie pamiętasz, prawda?
-Tak. To już tydzień...
dziewczyna zasmuciła się. Było jej trochę wstyd, że nie może nawet podać swojego imienia. Widziała, że chłopakowi trudno się do niej zwracać. Zwłaszcza, że niedługo wyjdą z pustyni, a wtedy mogą kogoś spotkać. W końcu nie może pozostać bezimienną do końca  życia. Wpadła więc na pewien pomysł.
-Hej, Blake. A może po prostu wymyślisz mi jakieś imię? Bo tak to trochę mi głupio...
-Wymyślić, co? No to czekaj....może...Lila? Kitsune? Puszka?
-Phi. Za grosz gustu.
-No przepraszam bardzo, ale nigdy niczego nie nazywałem. No może raz kota, ale to się chyba nie liczy...zresztą czemu sama czegoś nie wymyślisz?! Myślisz, że to tak łatwo?!
-No to co powiesz na Bellezza?
-Piękna? Z której strony?
-Jak ja ci zaraz!!!
-No już dobra, dobra. Może...Limone?
-Zaraz ci przyłożę!!!!
-No czego znowu chcesz? Ładne imię...
Nie skończył, gdyż urażona niewiasta dotrzymała słowa i właśnie rzuciła się na niczego się nie spodziewającego białowłosego.
-Ja ci dam brzydulę!!!! Popamiętasz mnie!!!!!
Chłopak był o wiele silniejszy, więc obrona przed ciosami dziewczyny nie było dla niego żadnym problemem. Za to patrząc tak na jej wysiłki, nie potrafił powstrzymać serdecznego śmiechu. Już nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak wesoły. Po chwili jednak pewna myśl zawitała w jego głowie. Była ona jak kubeł zimnej wody. A na imię jej było Tamara.
-Tamara...
Nie był świadom, że to ostatnie słowo wypowiedział na głos. Złotooka zapomniała o złości i spojrzała na niego. W pięknych tęczówkach zawitała ciekawość.
-Tamara? Dziwne imię.
-Nieważne. Po prostu mi się wyrwało. Zapomnij.
-Znałeś jakąś?
Pytanie padło. Było już zbyt późno, aby się wycofać. Mógł skłamać. Że nigdy takiej nie znał. Ale byłoby to nie fair w stosunku do niej. W końcu to wszystko to była jego wina. A była tak piękna.
-Była moją...przyjaciółką.
-Była?
-Nie żyje.
Z mojej winy. Te słowa jakoś nie zdołały mu przejść przez gardło. Nie potrafił ich wypowiedzieć.
Bezimienna spojrzała na smutnego towarzysza. Zauważyła zmianę w jego twarzy gdy tylko wspomniał o tajemniczej dziewczynie. Nie chciała żeby się smucił. Chciała mu pomóc zapomnieć. Ale jak miała to zrobić, skoro sama niczego nie wiedziała?
-Była ładna?
-Tak. Miała duże, zielone oczy i długie, pofalowane włosy w kolorze złota. Była elfką.
-Musiała być naprawdę śliczna. Blake....ehemmmm....jak ona...no wiesz?
To pytanie wcale go nie zdziwiło. Wiedział, że w końcu padnie. I co miał powiedzieć? Zginęła, bo dałem się ponieść? Bo mi pomogła? Bo było mi tak dobrze, że nie chciałem od niej odejść choć wiedziałem, czym to grozi? Bo nie umiałem jej ochronić?
Czarnowłosa czekała w skupieniu obserwując twarz białowłosego. W jego niebieskich oczach nie potrafiła dostrzec żadnych emocji. Zacisnął lekko usta i zachował kamienną twarz. W pewnym momencie już, już wydawało się, że coś powie, ale wtedy tylko mocniej zacisnął usta. Po chwili wstał i ruszył przed siebie. Dziewczyna nie była pewna, co powinna zrobić. Iść za nim? Czy może lepiej zostawić go samego?
Kotka nie miała tego problemu. W mgnieniu oka doskoczyła do oddalającej się postacią w czerwonym płaszczu (nie pytajcie, kto nosi długie płaszcze na pustyni). Po paru metrach białowłosy ze zdziwieniem spojrzał do tyłu, na nadal siedzącą szesnastolatkę.
-No i co tak siedzisz? Pora ruszać. Nero.
-Nero? Czarna? Nawet ładnie... Hej!!! Poczekaj na mnie!!!!
Nowo ochrzczona Nero zerwała się z miejsca i pobiegła za towarzyszem i jego kotką. Już po chwili zapomniała o tajemniczej elfce o imieniu Tamara.
***
-Muszę.
-Chcesz. A z tego co słyszę, to raczej popełnić samobójstwo.
-Samobójstwem była sama ta podróż. Zresztą teraz i tak nie mam już powrotu.
-To ty tak twierdzisz.
-Nic nie rozumiesz. Tak mówi przeznaczenie. Taki już mój los.
-Przeznaczenie to wytwór umysłów ludzi słabych, którzy nie potrafią poradzić sobie z tym, co ich spotyka.
-Naprawdę tak myślisz, czy tylko oszukujesz samą siebie?
-Jesteś kowalem swojego losu. Jeśli chcesz coś zmienić to zrób to sam, a nie czekaj na jakąś zakichaną królewnę, która zrobi wszystko za ciebie.
-Powiedz mi, co innego mi pozostało? Nie mam rodziny, której by na mnie zależało. Nie mam domu, do którego mógłbym wrócić. Nie odnajdę już Svettanti, nawet jeśli jeszcze istnieje. Nie mam już powrotu. Nie mam przyszłości. Pozostało mi tylko iść na przód.
-Ale skąd niby wiesz, że to naprawdę ona?
-Ma czarne włosy. I około szesnastu lat. Wszystko się zgadza.
-To tak jakbyś powiedział, że ja jestem księżniczką. Też mam szesnastkę i czarne włosy.
-Ta. Ale ty masz czerwone oczy, a zaginiona królewna miała złote. Poza tym ona nie była Gatto, tylko Drago. Tak jak jej matka. Nie mówiąc już o tym, że...
-Co znowu?!
-Księżniczka z twoim usposobieniem...?
-A co ty masz do mojego charakteru?!
-One powinny być dobrze wychowane, delikatne, urocze, milutkie...a ty...
-Czy ty właśnie sugerujesz, iż moja osoba nie nadaje się na osobę królewskiej krwi?!
-Szczerze? Tak.
-No cóż. Cenię szczerość. Zwłaszcza, że ja tez sądzę, iż nie nadaję się na błękitną krew. Ale wracając do tematu...naprawdę chcesz ciągnąć ją aż do Città Reale i to tylko po to, aby sprawdzić czy ona naprawdę jest tą, której szukasz? To niebezpieczne...
-Nie musisz jechać.
-Żartujesz?! Ma mnie ominąć taka zabawa?! A poza tym, beze mnie nawet tam nie dotrzesz. A jeśli zginiesz, to zrobi się straaaaasznie nudnooooo....
Neko przeciągnęła się i skoczyła poza krąg światła rzucany przez ognisko. W mgnieniu oka rozpłynęła się w mroku. Blake spojrzał na śpiącą Nero. Włosy, oczy, wiek...nie miał więcej poszlak, ale jak na razie wszystko się zgadzało. To po prostu nie mógł być przypadek. Ale czy przypadkiem Neko nie miała racji? Czy ona naprawdę potrafiła zmienić los jego, Arii i Gatto? Czy może to wszystko było jedynie marzeniem? Czy tak krucha istota potrafiła dać im przyszłość?
-No cóż. Czas pokarze. Teraz i tak nie mam już odwrotu.
***
Ufffffffffffffffffffffff...no i koniec rozdziału 8. Jeszcze raz przepraszam za tą przerwę i usunięcie bloga. No cóż, idę popracować nad kolejnym rozdziałem. Może być tak, że nie będę już dodawała tak często i regularnie jak kiedyś, ale będę się starała. Po prostu wiecie: szkoła, obowiązki...no i mój drugi blog...no więc zapraszam na bloga. Czekajcie na rozdział 9!!! ;D 
;*

10 lutego 2014

Emmmm....

Witam ponownie....

Przepraszam za niespodziewane usuniecie bloga...jeśli kogoś zawiodłam to proszę o wybaczenie...ale za wszystko możecie podziękować Catalinie i Nicol. No i pewnemu panu, ale to szczegół... Ale od teraz wracam do pisania (jeśli komuś jeszcze robi to w ogóle różnicę...)
Świeżo zmartwychwstała
Drakia Hada ;*

12 stycznia 2014

Hej

Wiem, że pewnie niektórzy mają już dość czekania i się na mnie wkurzają. Zwłaszcza, że ostatnio pisałam o nowym pomyśle no i dalej nic już się nie pojawiło. Ostatnio mam po prostu urwanie głowy w szkole i w domu (no i problemy z netem). W dodatku z...pewnego powodu...od jakiś 2 tygodni jestem niestabilna emocjonalnie (chyba nadchodzi kulminacja), co w szczególny sposób wpływa na wenę twórczą (wierzcie mi na słowo, NIE CHCECIE żebym w takim stanie cokolwiek pisała, a ja naprawdę wolałabym nie robić z tego opowiadania rzezi). Więc przepraszam, że zawodzę was po raz kolejny, choć ten blog istnieje tak krótko. Bardzo przepraszam zwłaszcza Nicol i Catalinę, bo głównie im chyba na tym zależało. Sorry dziewczyny. Żegnajcie. Tylko odwiedźcie mnie na cmentarzu. I przyjdźcie na pogrzeb. Kwiaty może przynieście... I napiszcie mi na nagrobku wielkimi, czerwonymi literami: BO W PRZYJAŹNI NAJWAŻNIEJSZE JEST K*@&% ZAUFANIE!!!!!!!!!

Drakia X_X

1 stycznia 2014

Felice Anno Nuovo!!! ;*

Hejka :D Wszystkiego najlepszego w Nowym, 2014 roku życzę. No to zdrowia, pomyślności i tego, co komu potrzebne. W ramach prezentu noworocznego mam dla was, człeki wy moje, niespodziankę. Przede wszystkim pomyślałam, że warto by wymyślić jakiś tytuł dla mojego opowiadania. Pomysłów jednak na razie brak...może jakieś propozycje? No a poza tym od teraz mam zamiar pisać także fanfiki. Nie porzucę oczywiście historii o Blake'u, ale będę też pisała o bohaterach anime. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi anime lubić i znać wszystkie moje tytuły, ale będę się starała w miarę dokładnie i prosto tłumaczyć. Poza tym zawsze możecie po prostu przeskoczyć rozdziały, które nie przypadną wam do gustu. Po prostu pomyślałam, że może kogoś zainteresują moje...historie...no i Marie nie będzie mnie męczyć... choć ostrzegam, że w większości pewnie będą porąbane...i mogą być trochę drastyczne...zwłaszcza jak pojawi się Natsu (strasznie fajnie się nad nim znęca XD). No więc jeszcze raz wszystkiego najlepszego!!! Felice Anno Nuovo!!! ;*

27 grudnia 2013

Rozdział 7

Rozdział ten dedykuję Catalinie Panterze i Nicol Styles. Bez nich tego rozdziału by nie było więc... oklaski poproszę!!! Dziewczyny naprawdę się postarały :)

7. Błędy

Przeszłość jest bardzo ważna. Nie można się od niej odcinać. To ona pozwala nam kształtować  przyszłość i określa, kim naprawdę jesteśmy.

Szare skały nadawały okolicy dość ponury wygląd. Gdzieniegdzie spomiędzy nich wychylały się mizerne roślinki. Palące słońce zaglądało ciekawie do głębokich wąwozów, którymi poznaczony był cały obszar Deserto. Teren ten niegdyś zamieszkany był przez driady i nimfy, które dbały o niego i zwierzęta, które tam żyły. Wtedy zwano go Fertili Valli. Mieszkanki zapewniały wodę i tworzyły chmury, zabezpieczające przed palącym słońcem. W tamtym czasie był to istny raj, którego nie dotyczyły problemy świata. Nic jednak nie trwa wiecznie. Rozpętała się wojna. Z początku dotyczyła ona jedynie Gatto i elfów. Cała reszta ignorowała obie strony myśląc, że szybko ktoś odpuści i dojdzie do porozumienia. Jak zawsze. Tym razem się jednak przeliczyli. Kocioocy mieli już dość poniżeń, prześladowań i zniewag. Elfy zaś nie chciały odpuścić. Mała, niegroźna wojenka nie wiedzieć kiedy przemieniła się w krwawą wojnę, która w krótkm czasie ogarnęła całą krainę. Niszczono i palono wioski i domy. Lasy spłynęły krwią. Gdy w końcu zrozumiano, iż tym razem problem jest poważny, zwołano tajne spotkanie. Za plecami nieobecnej właśnie królowej i ludu oczywiście. Tam zapadła decyzja.Kto rzucił pomysł? Nie wiadomo. Sprawca utonął w mroku. Ale jego plan spodobał się wielu osobom. Być może nieświadomie, kedna osba napisała historię. Nie. Nie napisała, a jedynie potwierdziła. Bo wyrok wydano już dawno. Nie da się uniknąć przeznaczenia. Wszystko od samego początku zmierza nieubłaganie ku końcowi. Tak więc i wyrok wydany tamtej nocy był dziełem przeznaczenia. Nie wszyscy jednak się z nim zgadzali. Driady i nimfy z Fertili Valli przyjęły pod swój dach niedobitków z pogromu. I spotkała je za to sroga kara. Ich piękne rośliny zostały stratowane i spalone. Woda zanieczyszczona. One same ledwie zdołały uciec z płonących domów. Wielu Gatto zginęło w ich obronie. Jednak po ich odejściu żyzne doliny przemieniły się w pustynię, zasłaną żwirem i pozbawioną życia. Chociaż driadom wybaczono, nigdy nie wróciły. Zaszyły się w lasach, nadal pomagając tym, którzy pomocy wymagali. Nigdy nie odmawiały pomocy. I nigdy nie chciały łaski. Takie już były.
***
Małe, szare kamyczki chrobotały pod butami. W całym wąwozie panował okropny wręcz upał. Nie przeszkadzało to jednak białowłosemu chłopakowi podróżującemu jego środkiem. Wokół niego bowiem powietrze było przyjemnie chłodne i rześkie. W końcu Blake był Arią. Władcą powietrza. Czymże dla niego jest wywołać bryzę pośrodku pustyni?
Na jego ramionach leżała wygodnie czarna kotka. Dość dużo czasu niebieskookiemu zajęło usadzenie jej tam. Neko bowiem, jako niezależna i samowystarczalna kobieta nie chciała pozwolić, by ktokolwiek ją niósł. Po długiej kłótni chłopakowi udało jej się jednak wytłumaczyć, iż z powodu rannej ręki nie jest w stanie chodzić (podróżowała bowiem dla bezpieczeństwa i własnej wygody jako kot, który, jak powszechnie wiadomo, jest czworonożny). Kotka w końcu niechętnie pozwoliła usadzić się na karku białowłosego i teraz mruczała zadowolona, pieszczona przyjemnym wiaterkiem. Niebieskooki nawet tego nie zauważył, zatopiony we własnych rozmyślaniach. Był na siebie zły. Pozwolił się ponieść własnej mocy. Doprowadził Tamarę do płaczu. Zranił Neko. A na koniec i tak nie udało mu się uratować elfki. Zginęła z jego winy. Dlatego, że się nad sobą rozczulił. Co go napadło? Zachciało mu się spokojnego życia? Śmiechu warte. I tona dodatek z...elfką?
W tej chwili miał ochotę się roześmiać na całe gardło. No tak! Elfka. Chyba do końca mu odbiło, żeby żałować elfki. Ci zdrajcy nie zasługują na żal! Ale...z drugiej strony...
...to wszystko to w końcu nie była jej wina. Ona nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Nic o tym nawet nie wiedziała.  No i uratowała go...
-Mógłbyś trochę podkręcić klimę?
Postać w czerwonym płaszczu aż przystanęła zdezorientowana.
-Cooo...? A. Tak, jasne.
Skupił się i przyzwał zimne powietrze. Neko podskoczyła i zasyczała rozzłoszczona.
-Za zimne! Ogon mi odmrozisz!!!
-Przepraszam. Już naprawiam.
Tym razem temperatura najwyraźniej jej odpowiadała, gdyż ułożyła się wygodniej. Przez jakiś czas szli w milczeniu. Blake nadal był bardzo zajęty kłótnią z samym sobą. Kociooka obserwowała go dyskretnie, domyślając się o czym tak rozmyśla. W końcu zdecydowała się odezwać.
-Myślisz o tej elfce, prawda?
Wzdrygnął się. Ale wiedział, że nie miała na myśli niczego złego. Chciała mu pomóc. Znaczy chyba. W końcu znał ją zaledwie od paru dni...
-Słuchaj...przestań się zadręczać. To nie była twoja wina. Prędzej moja, bo cię powstrzymywałam.
-To przecież nie była two...
-I twoja też nie.
Spojrzał na nią swoimi błękitnymi oczyma. Odwdzięczyła mu się tym samym. Sądził, że zobaczy w nich kpinę, rozbawienie czy pogardę. Może nawet obojętność. To by do niej pasowało. W czerwonych oczach kotki zauważył jednak stanowczość i...smutek? Był delikatny, ledwie widoczny, ale był. Z powodu śmierci? Rany? A może jeszcze czegoś innego? Na chwilę obecną nie był w stanie tego stwierdzić. Jednak jej słowa podniosły go na duchu.
-Dzięki.
-Spoko. Odwdzięczysz się. A tak właściwie to...czy przypadkiem nie powinieneś ukrywać swoich...mocy?
-Teraz to już bez znaczenia. I tak już od dłuższego czasu wywerny były na moim tropie. Kiedy zdecydowałem się na walkę to tak, jakbym zrzucił kamuflarz.  To już i tak nic nie da. Przynajmniej nie muszę już uciekać, a w razie czego mogę walczyć.
-Ile tak właściwie minęło już lat?
-Chodzi ci o tamto? Niech pomyślę...gdy zginął miałem...osiem...jeszcze potem rok...dziewięć...trzy lata tam...czyli wtedy miałem...eeeeeee...dwanaście...teraz...
-Czy liczenie naprawdę sprawia ci aż tak wielką trudność?... No dobra!!! Sorry, sorry, sorry!!!! PAS!!! OGON MI IDIOTO ODMROZISZ!!!!!! Ufffffffff...na żartach się nie znasz?! Tak właściwie to ile ty maz lat?
-...
-No nie fochaj się już. Ile?
-To powiedz ile ty masz.
-Nie wiesz, że kobiet się o wiek nie pyta? To ile?
-Powiem, jak ty powiesz.
-Pffffff...no dobra. Ty pierwszy.
-Ty.
-Razem. Na trzy.
-Raz.
-Dwa. 
-I trzy!
-16 (razem)
Obydwoje popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. Białowłosy uśmiechnął się. I to nie z powodu zbiegu okoliczności. W końcu udało mu się dowiedzieć czegoś o swojej bezimiennej towarzyszce.
***
Città Reale, 50 lat wcześniej.

Noc była bezgwiezdna i ciemna. Jej mroki rozświetlał jedynie krwistoczerwony księżyc, milczący świadek wydarzeń, które wielu potem bezwstydnie usiłowało zetrzeć z kart historii. Bezskutecznie. Bo nie da się zamknąć ust prawdzie.
Città Reale. Królewskie Miasto. Stolica całej krainy i siedziba królowej. Miejsce, którego nigdy nie sięgają wojny i konflikty. Nawet mimo wojny Gatto oraz elfy były tam bezpieczne. Było to takie niepisane prawo. Dlatego też ukrywali się tam ranni, dzieci i ci, którzy nie mogli, nie chcieli bądź nie potrafili walczyć. A przynajmniej tak było do czasu owej pamiętnej nocy. Spiskowcy, korzystając z nieobecności królowej zwołali tajną naradę. Teraz nadszedł czas, aby wprowadzić w życie plan. Genialny oczywiście, bo jakżeby inaczej? Koniec wojny i to bez wysiłku. Innej rady nie ma. Trzeba po prostu wykończyć jedną ze stron. Ale tak, aby się nie wtrącić.
Noc rozświetlił rozmigotany blask dziesiątek pochodni. Elfy. Setki elfów okrążyły miasto zwartym pierścieniem. Nikt nie miał szans na ucieczkę. Dzieci, mężczyźni i nieliczne kobiety dzielnie usiłowały stawiać opór. Nadaremno. Wśród kociookich jedynie kobiety miały talent do walki. A te wyruszyły na wojnę, zaszyły się w lasach, spokojne o swoje pociechy. 
Oblężeni nie mieli żadnych szans. Agresorzy nie przepuszczali nikomu. Dla wrogów nie było litości.
Mężczyźni, koty, dzieci.
Nienawiść, ogień, ból.
I krew. Kocia krew.
Nikt nie chciał przerywać pogromu. Każdy wolał zaszyć się w bezpiecznym domu. Widać po prostu wreszcie nadszedł czas, aby pozbyć się Gatto. I tyle. Kiedyś musiało do tego dojść. Trudno.
Nie wszyscy jednak zamknęli oczy na zdradzieckie postępowanie szpiczastouszych. Tej nocy przegięto strunę. A Arianie nie mieli zamiaru dłużej na to bezczynnie patrzeć. Podnieśli głowy i stanęli ramię w ramię z kociookimi. Choć w porównaniu z elfami było ich niewielu, dzielnie chronili słabszych. Tej nocy Aria i Gatto złączyli swe losy. Czyny przemówiły za nich, pieczętując tymsamym przyszłość. Tamtej nocy złożyli sobie niemą przysięgę pod krwistoczerwonym księżycem.
***
-Blake...
-Hmmmm...?
-Znasz historię tamtego...pogromu...prawda?
-Tak.
-Co o tym sądzisz? Mam na myśli decyzję Arian.
-Jeatem dumny, że tak szlachetnie postą...
-Ale ja nie pytam czego cię uczyli, ale jakie jest twoje zdanie. Tylko szczerze. Poznam kłamstwo. I nie martw się, nie obrażę się.
-...
-Odpowiedz mi. Żałujesz?
Chłopak unikał jej wzroku.
-Co mam ci powiedzieć? Jestem dumny? W wieku ośmiu lat widziałem śmierć własnego ojca. O innych nie wspomnę. Moja matka. Ataki na Svettanti. To, że nigdy nie czułem się bezpieczny, nigdy nie miałem domu... 
-Żałujesz?
Cichy, wyprany z uczuć szept. Jakże do niej podobny. Białowłosy na końcu języka miał słowo ,,tak''. Tak nakazywałby rozsądek. Ale jakoś nie umiał go wypowiedzieć. Niewiedzieć czemu. Po prostu tego nie chciał. Naprawdę nie czuł  żalu. Dlaczego?
Spojrzał kotce w oczy. Był pewien.
-Nie.
***
Czerwone słońce zachodziło majestatycznie za szary horyzont. Upał wyraźnie zelżał. Nad Desrto powoli zapadał zmrok.
Ostatnie promienie zaglądały do wąwozu, oświetlając postać odzianą w długi, czerwony płaszcz, raźno maszerującą samym jego środkiem. Na ramionach białowłosego leżała czarna kotka, zdradzająca oznaki zaniepokojenia.
-Eeee....Blake? Nie powinniśmy zatrzymać się na jakiś postój? Hej... Hej!!!
Chłopak spojrzał na nią nieobecnym spojrzeniem.
-Co? Mówiłaś coś?
-Tak. Pora na postój.
-Nie przesadzaj, przecież cię niosę. Czym się zmęczyłaś?
-Nie dla mnie, lecz dla ciebie idioto! Idziesz już czwartą dobę...
-Nic mi nie będzie.
-Będzie! Czy do ciebie nic nie dociera?! Hej! Słuchasz ty mnie w ogóle?
-Spójrz! Tam coś jest!
-No chyba twój rozum. Jeśli w ogóle kiedyś takowy posiadałeś...
Tym czymś leżącym na ziemi nie był (niestety?) rozum, lecz zwinięta w kłębek dziewczyna. Białowłosy już szedł w jej stronę.
-Coty wyrabiasz?! Fuj, zły Blake! Zostaw!
-Hej! Żyjesz? Haaaalooooo?
-Co ty wyrabiasz?! Idziemy!
-Jak ty tak możesz?! Samotna dziewczyna śpiąca na środku pustyni. Może potrzebuje pomocy?
Kotka przewróciła swoimi czerwonymi oczami.
-Boszszsz... Czy ty musisz nieść pomoc każdemu biednemu stworzonku w tarapatach? A co ty jesteś? Wzorowy Obywatel? Czy może Dziecko na Medal?
-Neko!
-No dobra już, dobra. Ale ja jej niańczyć noe będę! Nie ma mowy!
Niebieskooki już dawno jej nie słuchał, zajęty cuceniem niewiasty. Owa nie reagowała na słowa, więc chłopak zaczął potrząsać ją za ramiona.
-Może nie żyje?-w głosie kociookiej zabrzmiała nadzieja.
-Neko!!!
Już miała się odgryźć, gdy ,,biedne stworzonko'' otworzyło oczy i ukazało światu swoje złote tęczówki. Zamrugała szybko i zdezorientowana spojrzała na białowłosego.
-Kim ty jesteś i dlACZEGO MNIE OBEJMUJESZ?!?!
Biedaczek odskoczył jak poparzony.
-Byłaś nieprzytomna i myślałem, że...coś ci się stało...
Teraz dla odmiany to złokooka się zakłopotała.
-Przepraszam...jestem...eeeeee...jak ja właściwie mam na imię? I gdzie ja jestem?!
Dziewczyna zerwała się z miejsca, zaraz jednak poczóła okropny ból i zawrót głowy. Upadłaby, ale Blake na czas ją złapał (przezornie wolał na razie nie używać powietrza).
-Kolejna bezimienna? Co ja się z wami mam...
-Co?
-Nie nic. Wygląda na to, że uderzyłaś się w głowę i masz amnezję...no nic. Już i tak noc, więc odpocznijmy, a juro ruszymy w dalszą drogę.
-Chwila, chwila, chwila. Jacy my? Nigdzie nie idę. Nie znam cię. No i jak śmiesz mi rozkazywać?!
-Echhhhhhhh....nie to nie. Nara!
-Zaraz! A ty gdzie idziesz?!
-Dalej. Skoro i tak nie chcesz ze mną iść...
-Ale teraz...tak po ciemku...
Chłopak uśmiechnął się. Ile mogła mieć lat? Pewnie koło 16. Tak jak on. Słodka dziewczynka zagubiona na pustyni, przestraszona jak małe dziecko. Jakże uroczo.... Blake'owi zachciało się śmiać. Ale wtedy na myśl przyszło mu coś, co odebrało mu ochotę do śmiechu. Nieznajoma miała złote oczy. Czarne włosy. I szesnaście lat. Zupełnie jak...
***
Dobra, napisałam. Miałam problemy i w rezultacie rozdział był dodany już wczoraj i w całości się usunął...część musiałam pisać od nowa, ale już jest. Byłam na wycieczce rodzinnej, moje uczucia są w rozsypce, ale napisałam. Doceńcie...



14 grudnia 2013

Rozdział 6

6. Początek, czyli jak właściwie się to wszystko zaczęło.

Tamara nie odrywała od niego wzroku. W jej zielonych oczach zapłonął zapał, szybko jednak przyćmiony przez ból. Pomimo wyczerpania uśmiechnęła się lekko. W migotliwym blasku ognia jej twarz przybrała przeraźliwie blady odcień. Ciemne cienie pod oczami pogłębiły się wyraźnie. Blake spoglądał na nią zaniepokojony. Nie wyglądała najlepiej. Chłopak westchnął.
-O czym mam opowiedzieć? Chcesz usłyszeć o mitycznych stworzeniach? A może jakaś legenda?
-Nie… opowiedz… o swoich… wędrówkach… pro…
Elfka urwała w pół zdania porwana nagłym kaszlem. Blake wstał i przytrzymał ją za ramiona. Starał się nie zwracać uwagi na krew, ściekającą ze smukłych palców Tamary. Gdy dziewczynie trochę się polepszyło, pomógł jej się wygodnie ułożyć i troskliwie okrył swoim długim, czerwonym płaszczem. Popatrzyła na niego z wdzięcznością. Chłopak zajął swoje miejsce i westchnął. Coś otarło się o jego rękę. Popatrzył w tym kierunku i zauważył czarną kotkę, wpatrującą się w niego czerwonymi oczami. Uśmiechnął się lekko i pogłaskał stworzonko. Od razu poczuł się pewniej. Może i znał Neko krótko, ale i tak zawsze dodawała jej otuchy. Zapatrzył się w ogień i po chwili rozpoczął swoją opowieść.
Miasto tętniło życiem. Mieszkańcy przechadzali się, pracowali, handlowali i wesoło rozmawiali. Wszędzie rozbrzmiewał radosny śmiech. Po barwnych ulicach biegały dzieci. Niektóre dziewczynki miały małe, kocie uszka i ogonki. One, oraz nieliczni chłopcy, spoglądali na świat oczyma o klinowatych źrenicach. Reszta pociech odznaczała się jedynie mocno niebieską barwą tęczówek i bielą włosów. Dzieciarnia jednak zdawała się nie zauważać różnic. Wszyscy razem raźno zmierzali w stronę ogromnej budowli, górującej nad miastem. Z jej wierzy właśnie roznosił się donośny dźwięk, wzywający na lekcję. Gdzieniegdzie, pomiędzy małymi, zadbanymi domkami widać było przesuwające się, ośnieżone szczyty gór.
Nagle jeden z chłopców zatrzymał się i wiedziony złym przeczuciem, bacznie rozejrzał na boki. Był prawie pewien, że coś jest nie tak. Przez chwilę wydawało mu się, iż na tle nieba widzi odległy cień. Z zamyślenia wyrwały go okrzyki kolegów.
-Blake! Pośpiesz się, bo się spóźnimy! Na co się tak patrzysz?
-Nic. Po prostu coś mi się przywidziało.
Chłopak jeszcze raz bacznie zlustrował okolicę i pobiegł na zajęcia. Nie chciał, wystawiać się na pośmiewisko, ale był pewien, że coś zauważył. Miał świetny wzrok. Nie miewał przywidzeń. Nie wiedział tylko co tak właściwie zobaczył. Zwłaszcza, że bardzo, bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś odnalazł Svettanti. Ciągły ruch podniebnego miasta skutecznie to utrudniał. Zapewnienie bezpieczeństwa było w końcu głównym zadaniem, którego podjęli się najzdolniejsi przedstawiciele Arii, najlepiej władający żywiołem powietrza. Co prawda zdarzały się też małe wpadki, ale jednak…
Blake był już w drzwiach, gdy na miasto niespodziewanie padł cień. Spojrzał do góry i ujrzał czarą, skrzydlatą sylwetkę rozmazującą się na tle słońca. Chłopak zamarł i przez chwile obserwował, jak kształt powoli się powiększa. Zaraz za nim pojawiły się kolejne zmory. Gdy upewnił się, że podążają w kierunku miasta, rozejrzał się wokół. Inne dzieci weszły już do szkoły. Dorośli zajęci swoimi sprawami nie zwracali uwagi na niebezpieczeństwo. Niebieskooki skupił się. Jego twarz omiótł miły, delikatny podmuch. Poczuł otaczające go powietrze i zjednoczył się z nim, pozwolił mu się wypełnić. Wszystko to trwało zaledwie moment. Gdy otworzył oczy czas zdawał się biegnąć wolniej niż poprzednio. Rzucił okiem na niebo i zauważył więcej czarnych sylwetek. Były znacznie oddalone, nieliczni jednak zaczęli je zauważać. Sytuacja nie była zbyt ciekawa. Blake przywołał wiatr i rozkazał mu z całą mocą uderzyć w świątynny dzwon. Głośny, dźwięczny głos dzwonu rozniósł się echem po całym mieście. Wszyscy, jak na komendę spojrzeli w tę stronę, a potem zaczęli rozglądać się wkoło. Mieszkańcy spojrzeli w niebo i teraz dopiero zauważyli nadciągające niebezpieczeństwo. Dalej wszystko potoczyło się szybko. Opiekunki świątyni wybiegły na zewnątrz, aby pozbierać resztę zdezorientowanej dzieciarni. Mężczyźni zajęli się zbieraniem z ulic przestraszonych pociech i odprowadzaniem ich w bezpieczne miejsca. Koty udały się w miejsce zbiórki. Dopiero tam z powrotem przybrały swoje prawdziwe formy. Niebawem na przestronnym rynku pojawiło się około setki kobiet. Wszystkie miały kocie uszy i ogony. W oczach o pionowych źrenicach lśniła zaciętość i dzikość. Oraz żądza zemsty. Z nienawiścią spoglądały w powiększające się kształty, szczerząc ostre kły i zawzięcie sycząc. Gatto zazwyczaj są spokojni i weseli. Naprawdę trudno obudzić w nich rządzę mordu. Gdy już jednak doprowadzi się ich do owego stanu, przestają się powstrzymywać. Żaden przedstawiciel tej rasy nie spocznie, dopóki nie zaspokoi swojego pragnienia zemsty. A wendetta Gatto zawsze jest straszna. Nadlatujący nieprzyjaciel miał się o tym za chwile przekonać na własnej skórze.
Po chwili na miejscu pojawili się także Aria, tym razem zarówno kobiety jak i mężczyźni. Tak jak ich towarzysze byli zdecydowani. Jest to pokojowo nastawiona rasa. Czasem jednak nadchodzi moment, w którym trzeba porzucić zburzyć pokój i stanąć do walki w obronie ideału. Nie mogli przymknąć oczu na wyrok śmierci jaki wydano na Gatto i niesprawiedliwość jaką za sobą niósł. Nie zasługiwali na to. Nikt nie zasługuje na konieczność walki z całym światem. Wtedy Niebieskoocy, jedna z najstarszych i najpotężniejszych ras, stanęli w ich obronie jako jedyni. Byli gotowi zrobić to ponownie, skoro była taka potrzeba. Wtedy nie żałowali swojej decyzji. Teraz nadszedł czas, aby po raz kolejny pokazać to wywernom, które najchętniej tropiły niedobitki pogromu.
Pierwsza fala czarnych stworów wylądowała miękko na rynku. Każdy z potworów wyglądał bardzo podobnie. Czarne łuski lśniły mroczną poświatą. Para rozłożystych, błoniastych skrzydeł tego samego koloru mimowolnie budziła podziw. Wzdłuż linii kręgosłupu i ogona błyszczał złowrogo rząd ostrych jak brzytwa, białych kolców. Z łba, osadzonego na długiej szyi, spoglądały żółte oczy o poziomych, gadzich źrenicach. Z paszczy najeżonej białymi zębami wysuwał się długi, szkarłatny język, a umięśnione, szponiaste łapy zdawały się czekać na ofiarę. Każda z bestii miała ponad dziesięć metrów długości oraz bezsprzecznie wrogie zamiary. 
Wokół pola walki uniosła się wietrzna bariera, utrudniające przeciwnikom latanie. Powietrze reagowało na emocje Arii. Ci zaś, podnieceni perspektywą bliskiej walki, formowali już wiatrowe ostrza. Były to ich ulubione bronie. Gatto wysunęły długie na piętnaście centymetrów pazury i wyszczerzyły kły. Kolejne stwory spłynęły na ziemię. Obie strony zmierzyły się złowrogimi spojrzeniami. Nikt nie zamierzał odpuścić, więc nie tracili już więcej czasu i ruszyli do ataku.
Wywerny mimo swych rozmiarów były szybkie i zwinne. Zamiatały ogonami i wymierzały szybkie ciosy szponiastymi łapami, kłapiąc na prawo i lewo paszczami. Kociookie i Niebieskoocy nie pozostawali im jednak dłużni. Mocne podmuchy spowalniały ruchy przeciwników. Aria wykorzystywali wicher, aby szybko znikać z niebezpiecznych miejsc i tworzyć sobie okazje do ataku. Wietrzne ostrza choć z pozoru nietrwałe, z łatwością przecinały łuski i raniły wrogów. Władcy powietrza bezlitośnie atakowali najsłabsze punkty. Dziewczęta o kocich ogonach także nie pozostawały w tyle. Śmigały po całym polu walki, każda na swój sposób likwidując wrogów. Niektóre przyczajały się i atakowały znienacka z prędkością błyskawicy wtedy, kiedy nikt się tego nie spodziewał. Wymierzały jeden, śmiertelny cios. Raz, a dobrze. Inne skakały z miejsca na miejsce zanosząc się koszmarnym, szaleńczym śmiechem. One walczyły chaotycznie i w trudny do przewidzenia sposób, dezorientując przeciwnika. Znikały, by za chwile pojawić się w całkiem innym miejscu. Były o wiele bardziej przerażające od wywern.
Dwunastoletni Blake oglądał całą bitwę ze szczytu świątynnej wierzy. Nie chciał się chować. Najchętniej ruszyłby do walki, ale zabroniono mu. Bestie już od dawna nie przerażały go. Już widział zarówno je, jak i krew. Obie te rzeczy towarzyszyły mu odkąd pamiętał. Od zawsze. Zdążył oswoić się z ich widokiem. W końcu miał zaledwie osiem lat, kiedy ojciec na jego oczach poświęcił się, by go uratować. Normalnie dałby sobie radę, ale wszyscy byli już wykończeni wieloletnią tułaczką i walką o życie. Tylko dzięki niemu chłopcu i jego mamie udało się dostać do miasta. Poprzednie lata były istnym piekłem. Svettanti miało położyć mu kres. Doskonale znał powody dla których powstało, oraz dlaczego mieszkały tam jedynie dwie rasy. Każdy to wiedział. Powtarzano im to od dziecka i mówiono, że to powód do dumy. Ich przodkowie byli szlachetni, mężnie stanęli w obronie słabszych. Chłopak zastanawiał się wiele razy, dlaczego sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Ciągnęło go w świat, chciał przekonać się jak tam jest. Ale był Arią. Opuszczenie miasta było dla niego równoznaczne ze śmiercią. Na zewnątrz grasowały wywerny, no i nie było do końca wiadomo jak zareagowałyby inne rasy. Ze smutkiem spojrzał w stronę walczących. Bitwa trwała w najlepsze. Na polu walki, pomiędzy rozpływającymi się cielskami stworów leżało kilkanaście rannych osób. Inni, starali się im pomóc. Chłopak spojrzał na martwych wrogów. Słyszał już kiedyś, że po śmierci rozpływają się w nicość, ale szczerze mówiąc nigdy w to nie wierzył. Teraz zobaczył to na własne oczy. Trochę go to pocieszyło. Przynajmniej nie musieli sprzątać. Blake zszedł na dół i ruszył, aby pomóc opatrzyć rannych, których uda się ściągnąć z pola bitwy. W połowie drogi zatrzymała go jednak kapłanka o imieniu Nesa.
-Choć ze mną.
-Ale przecież…
Kobieta już go jednak nie słuchała. Pociągnęła go za rękę. Chłopak w duchu szykował się już na pogadankę o bezpieczeństwie i zachowaniu się w wypadku ataku. Nie poprowadziła go jednak do głównych drzwi, lecz naokoło do maleńkich, zakamuflowanych drzwiczek. Zeszli po krętych schodkach. Dwunastolatek jeszcze nigdy tamtędy nie szedł, więc czuł się trochę niepewnie.
-Gdzie my tak właściwie idziemy?
-Zaraz zobaczysz. Szybciej, nie ma chwili do stracenia.
Na końcu schodów znajdowały się ciężkie, drewniane drzwi. Kapłanka wyciągnęła z kieszeni klucz i ze zgrzytem otworzyła drzwi. Gestem nakazała mu wejść do środka. Znalazł się w małym, ciemnym pokoiku. Nesa weszła za nim i zamknęła drzwi. Zapaliła parę świec i pokój trochę się rozjaśnił. Na samym środku na ozdobnej mównicy spoczywała opasła księga. Chłopak podszedł do niej zaciekawiony. Żelazne okucia na skórzanej okładce lśniły w półmroku. Blake delikatnie otworzył książkę. Strony były pożółkłe i kruche ze starości. Dziewczyna podeszła i w skupieniu zaczęła szukać odpowiedniej strony. Gdy w końcu znalazła pokazała ją niebieskookiemu a sama usunęła się poza krąg światła. Stronica była urwana i widniało na niej coś w rodzaju przepowiedni. Zaskoczony przebiegł wzrokiem po linijkach parę razy. Nic z niej nie rozumiał.
-Czy to…?
-Przepowiednia? Tak.
-O czym mówi?
-Teraz słuchaj uważnie, bo mamy mało czasu. Przepowiednia brzmi tak:
Gdy krew królewska upadnie,
A duma w mroku przepadnie,
Nadejdzie ten, który wyłamie kraty,
Ten, co połączy dwa światy.
Wygnaniec zstąpi na ziemię,
Cierpliwie nosząc swe brzemię,
Odnajdzie w mroku uśpioną,
Królewską krew rozwścieczoną.
Nowy porządek świata nastanie,
Za sprawą upadłej, co z mroku powstanie.
-O co w tym wszystkim chodzi? Nie rozumiem.
-Więc słuchaj zamiast gadać. W skrócie chodzi o to, że wygnaniec ma odnaleźć królewnę.
Oczy Blake’a zrobiły się idealnie okrągłe. Rozdziawił usta ze zdziwienia. To brzmiało jak marna bajka. Zaginiona księżniczka, przeznaczenie. Myślał, że to po prostu jakiś mało śmieszny żart, ale Nesa była całkowicie poważna. Niestety.
-Rozumiem, że wygnańcem jest ktoś z Gatto albo Arii. Ale o co chodzi z ta królewną?
-Prawdopodobnie chodzi o córkę Drakonii. Opowiadałam ci kiedyś o niej, prawda? Jest ostatnią znaną nam przedstawicielką rasy Drago. Dokładniej jest to Regina Drago. Królowa Smoka. Miała córkę, ale ta zginęła.
Oczy chłopaka zrobiły się jeszcze większe. Powoli wszystko składało się w jasną i logiczną całość. Niepokoił go jednak ten cały mrok. Na myśl uparcie nasuwało mu się jedno pytanie.
-Ona żyje, prawda? Upozorowano jej śmierć i ktoś ma ją odnaleźć. Ale dlaczego teraz o tym mówisz i to na dodatek mi?
Kapłanka wyszła z cienia i spojrzała  mu głęboko w oczy. Wyraźnie ociągała się z odpowiedzią, jakby niepewna jej konsekwencji.
-Posłuchaj… chodzi o to, że… sytuacja jest ciężka. Coraz częściej wywerny trafiają na nasz ślad i coraz trudniej się z nimi uporać. Życie poza miastem jest trudne…
-Coś o tym wiem.
-Po prostu wszystko wskazuje na to, że już najwyższy czas na zmiany. A przepowiednia mówi, że nadejdą one za sprawą księżniczki. Ktoś więc musi ją w końcu odnaleźć. Starszyzna uznała, iż powinieneś to być właśnie ty.
Niebieskookiego zatkało. Nie potrafił sobie tego wszystkiego poukładać. Miał zostać księciem na białym koniu i odnaleźć księżniczkę, aby wypełnić przepowiednię. Tego pewnie chcieliby jego rodzice. Cudze dobro zawsze było dla nich najważniejsze. Tato oddał życie za rodzinę, mama za miasto. Czyżby on także miał poświęcić się dla większej sprawy? Z jednej strony Blake bał się. Gdzieś w środku jednak odezwała się w nim jego prawdziwa natura. Mógł wyrwać się z nudnego miasta i przeżyć przygodę. Poigrać trochę ze śmiercią. Sama tego świadomość w mgnieniu oka wywiała mu z głowy strach. Powinno być zabawnie.
-Wchodzę w to. Będzie zabawnie.
Szaleńczy błysk w oku dwunastolatka przeszył Nesę strachem. Miała złe przeczucia. Wiedziała, że gdy uwalniał swoja moc czasem robił się naprawdę straszny. Nie była pewna, czy sobie poradzi. Ten jednak obrócił się już i ruszył w stronę drzwi po przeciwległej stronie komnaty. Obudziła się jego uśpiona osobowość. Miał ochotę w końcu odpłacić się wywernom za swoją rodzinę. W progu dopadły go ostatnie wątpliwości. Zatrzymał się. Jeszcze chwila i nie będzie odwrotu. Ten jeden krok zadecyduje o przyszłości. Uśmiechnął się pod nosem i ruszył wąskim korytarzem. Ku przygodzie.
Gdy białowłosy skończył swoją opowieść, jego towarzyszka popatrzyła na  niego z wdzięcznością. Wiedział, że kochała słuchać o jego wędrówkach. Dorzucił trochę drwa do dogasającego ogniska i spojrzał na dziewczynę. Drżała pod czerwonym płaszczem, mimo iż był wyjątkowo ciepły wieczór.
-Teraz wiesz już, od czego się to wszystko zaczęło.
-Dzię… kuję.
Głowa Tamary bezwładnie opadła na posłanie. Zamknęła oczy, a z ust wypłynęła jej cieniutka, czerwona strużka. Blake zapatrzył się na gwiazdy rozjaśniające nocne niebo. To była już ich ostatnia historia. Złotooka elfka już nigdy więcej go nie wysłucha. Życie bywało okrutne.
-Przepraszam cię. To wszystko moja wina.

Blask księżyca oświetlił pojedynczą łzę na policzku chłopaka. Widział śmierć ojca i matki, oraz wielu innych. Ale nic nie bolało jeszcze tak bardzo jak to. Tym razem to była tylko i wyłącznie jego wina. Ciszę nocy przerwał krótki, rozpaczliwy krzyk.
***
Prezentuję Wam moje wypracowanie z polskiego XD Jak myślicie, będzie 5? ;D